San Francisco

San Francisco

Czytelnik moich felietonów łatwo zauważy, że wolę pisać o jakiejś sprawie niż o sobie. Czasami robi mi się z tego zarzut. Przyjmuję go z pokorą. Nadal jednak uważam, że dyskrecja jest lepsza niż narcystyczne skupianie się na sobie. Ponieważ jednak jestem już stary, coraz częściej sięgam myślami wstecz, do wspomnień. Tak jak dziś. Dlatego dziś wyjątkowo będzie bardziej osobiście. A nawet nieco patetycznie i pretensjonalnie, kiczowato i łzawo. Chodzi bowiem o miłość. Otóż kocham San Francisco. Znam to miasto dobrze, mieszkałem w jego pobliżu prawie półtora roku (w miejscu, które zasługuje na osobny felieton – w Oakland). W każdy weekend, a czasami także w środku tygodnia, odwiedzaliśmy Miasto, jak po prostu mówiliśmy z R., po to, by zwiedzać jego zakamarki. Wspaniałe to były przygody, radosne chwile, szczęśliwy czas. A niekiedy doświadczenia jedyne w swoim rodzaju. Jak nagłe znalezienie się w mniejszości, gdy zwykle jest się w większości. Na przykład seksualnej. Zostaje się wtedy wytrąconym z poczucia swojskości, normalności, zwykłości, co pozwala choć na chwilę poczuć to, co musi czuć cały czas ktoś przynależący do mniejszości i zmuszony do życia w stanie ciągłej niewygody psychologicznej, a często wręcz w ukryciu. Z ową zmianą perspektywy konfrontuje się każdy człowiek heteroseksualny, gdy odwiedza dzielnicę Castro w San Francisco, największe skupisko gejów na świecie. Pouczające doświadczenie, proszę mi wierzyć. Fundowałbym je wszystkim zadufanym w swojej większościowej pysze i zadowolonym ze swej swojskości prześladowcom osób homoseksualnych. Może by nieco zmądrzeli i zrozumieli choć w części, co to znaczy być innym. I jak psychologicznie (i nie tylko) trudna to sytuacja. Może uruchomiliby wyobraźnię psychologiczną i empatię, której im tak bardzo brakuje.

Ale przecież San Francisco to nie tylko ładna skądinąd dzielnica Castro. To wiele ulic i zakątków o ogromnym uroku, wspaniałych budowli, takich jak most Golden Gate, i niezwykłych muzeów, jak Museum of Modern Art. To piękne domy z charakterystycznymi wykuszami, zbudowane po wielkim trzęsieniu ziemi i pożarze z 1906 r. To dziwne, spadziste bądź zygzakowate ulice (w tym najbardziej kręta ulica na świecie – Lombard Street), sławne Chinatown, największa dzielnica chińska w USA. To widoki z licznych wzgórz, na których zbudowano miasto, z niezapomnianą panoramą z Alamo Square (polecam też widok z dziedzińca więzienia Alcatraz, a także z Coit Tower, której wnętrze ozdobione jest freskami m.in. uczniów wielkiego meksykańskiego malarza Diega Rivery). To wspaniały, zupełnie nieamerykański system komunikacji publicznej, z trolejbusami i zabytkowymi tramwajami, z Cable Car na czele, którego wagoniki ciągnięte są przez stalową linę biegnącą pod ulicą. Obserwowanie obsługujących je dżentelmenów, swoistego spektaklu, który odgrywają, jazda na stopniu wagonu i poddawanie się podmuchom wiatru to przeżycia jedyne w swoim rodzaju.

Jak łatwo się domyślić z powyższych słów, San Francisco nigdy nie będzie mi obojętne. Z tym większym niepokojem obserwuję to, co się z nim dzieje dzisiaj. Bezdomni byli w nim zawsze, nigdy jednak w takiej liczbie. Dziś są wszędzie, także na tych ulicach, które stanowią samo serce miasta, jak Market Street. Narkotyki i opiaty niszczą wielu jego mieszkańców. I rzecz szczególnie charakterystyczna: stopniowe wypychanie z miasta jego zwykłych mieszkańców przez panoszącą się „klasę kreatywną” z pobliskiej Doliny Krzemowej. Nigdzie indziej w USA nie widać lepiej procesów postępującego rozwarstwienia społecznego, związanego z niezwykłym bogaceniem się jednych i upadkiem ekonomicznym drugich. Nieprawdopodobny wzrost cen mieszkań i wysokości czynszów w mieście, które nigdy zresztą nie było tanie, powoduje stopniową zamianę w miarę zrównoważonego społecznie miasta w enklawy ogromnego bogactwa otoczone morzem ludzkiej nędzy i nieszczęścia. Boję się i nie jestem w swoich obawach odosobniony, że smutny los San Francisco wyznacza przyszłość amerykańskiego turbokapitalizmu, który jest niezwykle łaskawy dla możnych i nieprawdopodobnie okrutny dla biednych. Turbokapitalizmu rozrywającego tkankę społeczną i niszczącego ludzką solidarność. Poczucie wspólnoty i jedności losu. Proces tego społecznego rozpadu jest szczególnie bolesny w miejscu, które stanowiło symbol nadziei na lepszą przyszłość. Mieście dzieci kwiatów, miłości, muzyki i poezji, a dziś królestwie mamony i bezwzględnej gentryfikacji. Masowej produkcji „ludzi na przemiał” (Bauman). Smutny los San Francisco powinien być ostrzeżeniem. Oto, co się dzieje, gdy pozwalamy, aby kapitalizm „urwał się ze smyczy”. Wynosi wtedy jednych ku niebiosom bogactwa, po to aby innych strącić do piekła niepewności i nędzy.

Wydanie: 19/2022

Kategorie: Andrzej Szahaj, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy