Ład z chaosu

Chciałbym przejść od spraw bieżących, w rodzaju ekonomii czy polityki światowej, do tego, co największe. W ostatnich latach rozmnożyły się hipotetyczne koncepcje, usiłujące ogarnąć i pochwycić całość wszystkiego, co istnieje, a mianowicie kosmos. Kolejno lub równolegle powstawały tedy rozmaite warianty kosmogoniczne, jak na przykład poliversum, zwane też multiversum, czyli takie rojowisko wszechświatów, które wyrosło niby cały pęk baniek mydlanych, wydmuchiwanych ze słomki. Pojawiła się również idea kosmosów zachodzących po sobie liniowo i tym samym wyimaginowano czas, który jest jak gdyby zwierzchni ponad kolejnymi powstającymi i przemijającymi uniwersami. Tutaj jako najprostszy model naprasza się po prostu sznur korali. Najmodniejsza zaś wariacja, ulubiona przez kosmologów, to światy płaskie, wędrujące kędyś obok siebie, równoległe niczym membrany i dlatego zwane w skrócie branami. Kiedy jeden taki bran zderza się z drugim, powstaje właśnie nasz wszechświat.
Wszelako nienasyconym kosmogonikom wszystkie te warianty jak gdyby nie wystarczały, aż wreszcie pewien matematycznie kształcony fizyk, o nazwisku Wolfram, wystąpił z nową teorią. Można ją streścić w dwóch słowach: KOSMOS TO KOMPUTER. Jest to przy tym komputer o nadzwyczajnie nadmiarowym programie, który Wolfram redukcyjnie modeluje, powołując się na tzw. automaty cellularne, czyli komórkowe. W samej rzeczy jest tak, że pierwotnie, czyli wyjściowo porozrzucane chaotycznie komórki ujawniają skłonność do stopniowego formowania się w zorganizowane kształty. Przychodzi uznać za możliwą wielość komputerów-kosmosów, które generują systemy i podsystemy rozmaitego kształtu i rodzaju, aż być może do form życiopodobnych.
Pomysł leżący u podstaw całej owej hipotezy nie jest zupełnie nowy, ponieważ wiadomo, że rozmaite, rozrzucone losowo elementy materialne mają z upływem czasu skłonność do wytwarzania uporządkowań. Krytycy Wolframa powiadają, że tak prostą metodą nie można wyjaśnić wszystkich zajść i zjawisk w każdej skali, ponieważ na przykład trwające nawet miliardy lat mieszanie rozmaitych kluczy muzycznych, pięciolinii oraz nut nigdy nie wygeneruje nam mazurków Szopena. Gdyby zaś nawet w jakimś mikroskopijnym obszarze powietrza jego atomy złożyły się w partyturę, to i tak zaraz na powrót rozleciałby się w zupełny bezwład. Relacjonując powyższe, wspomniałem nie bez rozbawienia moje groteskowe opowiadanie z tomu „Cyberiada”, w którym jest mowa o sensach znaczących coś zrozumiałego, które powstają dzięki zupełnie przypadkowym kolizjom atomowych cząstek, ale które zaraz też rozpadają się w zupełne bezsensy.
23 lipca 2002 r.

Wydanie: 30/2002

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy