Tryptyk o sensie I. Polska

Tryptyk o sensie I. Polska

Jaki sens ma Polska? Nie gorszmy się tym pytaniem – powinniśmy je sobie zadawać jak najczęściej. Był przecież czas, nawet nie tak dawny, gdy Polski na mapie nie było. I świat się nie zawalił. A przed tysiącem z górą lat nie było w ogóle przesądzone, czy jakaś Polska powstanie. To był raczej wybryk geopolityki, że ze słowiańskiego morza wyodrębnił się kolejny segment, odseparowany nawet od wcześniej powstałych Czech.

A przecież taki organizm powstał. Jego sensem stało się budowanie odrębności, oparte jednak na jedności łacińsko-germańskiej Europy. Gdy potem, w miejsce księstwa lub królestwa, pojawił się konglomerat polskich księstewek, równorzędnym sensem była ochrona Europy (Zachodu) przed pogańskim Wschodem: przed Prusami, Jaćwingami, Litwinami, Mongołami… Natomiast od czasu Kazimierza Wielkiego i kolejnych unii Polski z katolicką już Litwą sens był inny – wyznaczyła go nie wojna, lecz porozumienie ze Wschodem (zaburzały je tylko wielowiekowy konflikt z Moskwą i najazdy Tatarów krymskich). Polska stała się pomostem, jaki w jednym państwie przerzucono między obiema chrześcijańskimi cywilizacjami: łacińską i bizantyńską. A bywało, że pomost ów wiódł także w stronę cywilizacji islamu.

Aby jednak mógł on trwać, niezbędna była polityka tolerancji. I na miarę ówczesnych możliwości rzeczywiście ją prowadzono. Wprawdzie prawosławie (religia dominująca na obszarze połowy państwa Obojga Narodów) nie było nigdy dla polskich królów równe katolicyzmowi, ale też – w zasadzie – nie podlegało prześladowaniom. Tak jednak się działo tylko do czasu kontrreformacji. Gdy wiernym prawosławnym zaproponowano przejście na katolicyzm (unia brzeska z 1596 r.), a braciom polskim (arianom) postawiono wybór „katolicyzm lub wygnanie” (decyzja Sejmu z roku 1658), Rzeczpospolita wielu narodów, religii i kultur straciła sens.

Pod koniec XVIII w. było to już państwo niemal jednolite – religijnie i narodowo. Ale nie zapewniło mu to spoistości. Sens dalszego istnienia leżał zatem w głębokiej reformie ustrojowej i w powrocie do Europy (Zachodu). Ponieważ jednak Polska nie była już podmiotem polityki europejskiej, reform można było dokonywać albo pod osłoną zeuropeizowanej Rosji (tak powstał pierwszy polski rząd – Rada Nieustająca), albo pod osłoną Prus (tak uchwalono Konstytucję 3 maja). Zabrakło jednak konsekwencji. W rezultacie nastąpił drugi, a po nim trzeci rozbiór.

Szukanie nowego sensu trwało przez cały czas zaborów. Sensem Księstwa Warszawskiego był sam fakt zaistnienia tego pierwszego po rozbiorach polskiego państwa (choć bez słowa „Polska” w nazwie). Sensem wskrzeszonego w roku 1815 Królestwa Polskiego był powrót tej nazwy, ale także nadzieja, że całe ziemie historycznej Polski zostaną wkrótce złączone pod rosyjskim berłem. Sens pierwszy, napoleoński, obaliła legitymistyczna Europa. Sens drugi unicestwili sami Polacy, wzniecając antyrosyjskie powstanie. Po jego upadku pozostały już tylko wiara w nagłą miłość do Polski europejskich dworów lub czekanie na europejską rewolucję. Albo mesjanizm – przekonanie, że Polska tak czy tak musi cierpieć, bo jest „Chrystusem narodów”. Na dokonujący się w kolejnym powstaniu powrót tradycji federalistycznych było już za późno.

Ale po latach pojawiła się II Rzeczpospolita. Zjednoczenie maksymalnie wielkiego terytorium sprzed rozbiorów stało się dla Polaków sensem priorytetowym. Jednak sens istnienia takiego państwa musiał być mierzony stosunkiem do narodów innych niż Polacy – po wspólnocie przedrozbiorowej właśnie taki otrzymaliśmy spadek. Tymczasem II RP pożeglowała w kierunku odwrotnym: nacjonalistycznym. A system wersalski, w którym się zakorzeniła, jej nie obronił.

Dlatego sensem istnienia Polski powojennej była już nie niepodległość, lecz odrębna państwowość. I ta państwowość musiała zostać oparta nie na tamtych (egzotycznych?) sojuszach, lecz na sąsiednim ZSRR. Powstało zatem państwo z narzuconym ustrojem, lecz z „polską drogą do socjalizmu”, drastycznie przesunięte na Zachód, lecz z sowiecką gwarancją integralności terytorialnej. Ta opcja się opłaciła – po latach z PRL wypączkowała III RP.

Jej powstanie było geopolitycznym cudem – porównywalnym z samym zaistnieniem Polski. Ten cud dodatkowo jeszcze potęgowało pozostanie w Polsce poniemieckich „Ziem Odzyskanych”, wybronionych niegdyś przez polskich komunistów. Teraz idea Trójkąta Weimarskiego – z Niemcami i Francją – wprowadzała Polskę do serca Europy, do jej dziedzictwa z czasu Karola Wielkiego. Unia Europejska czyniła z Polski jedno z czołowych państw kontynentu. NATO gwarantowało bezpieczeństwo. A przy tym Polska uregulowała stosunki ze wszystkimi bez wyjątku sąsiadami – tego również nie przerabialiśmy nigdy w historii. Ostatecznie nasz kraj zajął szybko należne sobie miejsce: stał się wielkim zwornikiem Europy. Sens istnienia Polski okazał się głębszy, niż sami mogliśmy przypuszczać.

Wszystko to straciliśmy. Na własne życzenie. Dziś Polska, ogarnięta zimną wojną domową i zimną wojną z sąsiadami, skłócona z Unią Europejską i Stanami Zjednoczonymi, konfliktująca się z Izraelem, stała się chorym człowiekiem Europy. „Co robić z takim narodem?”, jeden z mych przyjaciół zapytywał tak już jesienią 2015 r. „Tylko rozbiory!”, odpowiadał z rozpaczą. Znów, jak w XVIII i XIX w., istnienie Polski nie ma dla świata sensu.

a.romanowski@tygodnikprzeglad.pl

Wydanie: 34/2021

Kategorie: Andrzej Romanowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy