Patriotyzm mordu

Patriotyzm mordu

Artykuł „Przyjemność zabijania” („Gazeta Wyborcza”, 26.10) zaczyna się od wiadomości, że Armia Krajowa powierzyła szesnastoletniemu chłopcu rolę kata, wykonującego wyroki śmierci wydane przez dowódców. Chłopiec zabija polskich konfidentów – zaczynając od swojego przyjaciela – „niemieckich urzędników, a w końcu kobiety i przypadkowe dzieci”. W swoich wspomnieniach, które właśnie zostały wydane, pisze: „Strzelałem do ludzi jak do tarczy na ćwiczeniach. Lubiłem patrzeć na przerażone twarze przed likwidacją, lubiłem patrzeć na krew tryskającą z rozwalonej głowy”. Posługiwanie się młodocianymi do zabijania wskazanych osób nie było, rzecz jasna, w Armii Krajowej częste, ale opisany przypadek nie był odosobniony. Opowiadał mi wiarygodny kronikarz wioskowy, który sam jako nastolatek należał do oddziału AK, że wie o „zlikwidowaniu” czterdziestu konfidentów. „W dwudziestu przypadkach nie było żadnej wątpliwości”, że byli konfidentami. Pisałem już o tym parę lat temu. Słuchając go, można było przypuszczać, że o niektórych egzekucjach on nie tylko wiedział. Świat ze zgrozą dowiaduje się, że w głębi Afryki różnego rodzaju „bojownicy” rekrutują nieletnich do swoich oddziałów i posługują się nimi w mordowaniu przeciwników lub różnoplemieńców. Miało to miejsce na wielką skalę również w Kambodży, czego nie da się zapomnieć.
Wróćmy do artykułu „Przyjemność zabijania”. „Zdecydowana większość zabójstw, których dokonał, to wyroki wykonane w imieniu Polskiego Państwa Podziemnego”. Nie wiem, czy autor uważa to za okoliczność łagodzącą, czy tytuł do chwały – i czyjej chwały: młodocianego mordercy czy Państwa Podziemnego. O szale mordowania, jaki zapanował pod koniec wojny i po niej w niektórych kręgach AK, pisałem kiedyś, omawiając wspomnienia doktora Zygmunta Klukowskiego, skądinąd oficera Armii Krajowej. Nie jest więc dla mnie rzeczą nieprawdopodobną, co pisze były młodociany kat o swoim koledze: „Gdy tylko zobaczył Ukraińców, oczy wychodziły mu na wierzch, z otwartych ust zaczynała kapać ślina i robił wrażenie człowieka, który dostał obłędu. (…) Rzucał się na skamieniałych ze strachu Ukraińców i krajał ich na kawałki. Z niesłychaną wprawą rozpruwał im brzuchy lub podrzynał gardła, aż krew tryskała po ścianach. Silny niesamowicie, często zamiast noża używał zwykłej ławy stołowej, którą gruchotał czaszki, jakby to były makówki”. Nie wiemy, czy robił to na rozkaz Polskiego Państwa Podziemnego. Subiektywnie jestem przekonany, że szalał z własnej inicjatywy. Natykam się na tyle opisów i obrazów nikczemności, że nie zatrzymywałbym się na tym artykule, gdyby nie dopisek redaktora na zakończenie. „Historia Dąmbskiego (tak się nazywa ów egzekutor) potwierdziła zdyscyplinowanie podziemnego wojska. Zdecydowana większość popełnionych przez niego zabójstw była wykonaniem wyroku podziemnego sądu. Samowola była wyjątkowa. Jeżeli inni egzekutorzy byli równie zdyscyplinowani, to z AK możemy być dumni”. Czy te słowa są szyderstwem z AK i z posłuszeństwa posuniętego aż do popełniania najnikczemniejszych zbrodni? (Demianiuk działał na rozkaz. Rówieśnik egzekutora Dąmbskiego, więzień obozu koncentracyjnego, którego III RP skazała na więzienie za czyny okrutne, działał na rozkaz. Różnica jest polityczna, nie moralna).
Sądownictwo podziemne przyjęło zasadę, że egzekucje nie będą wykonywane przez nieletnich (ani przez kobiety, patrz: Leszek Gondek, „Polska karząca 1939-1945”), zakładając, że niekiedy tego warunku nie da się spełnić. W przypadku nieszczęśnika Dąmbskiego w jaskrawy sposób pogwałcono ten warunkowy zakaz, czyniąc z nastolatka „etatowego” kata. Możemy być dumni?
Intencja usprawiedliwienia zbrodni popełnianych w imię patriotyzmu przyświeca także publikacji „Przemoc chwalebna” w dodatku do „Wyborczej” „Duży Format” (28.10). Tak jak De Maistre pisał pochwałę kata jako fundamentu porządku („cała wielkość, cała potęga, cała dyscyplina spoczywa na kacie: on jest postrachem i więzią społeczności ludzkiej. Zabierzcie światu ów niepojęty czynnik, a w jednej chwili ład ustąpi miejsca chaosowi, trony upadną i społeczność zniknie”), tak autorzy publikacji rozwijają pogląd o szlachetności przemocy patriotycznej. „Pojęcie „chwalebnej przemocy” i moralna wrażliwość człowieka zmieniały się w toku dziejów”. To prawie oczywiste, że się zmieniały; dwadzieścia lat temu nikomu do głowy by nie przyszło, że można być dumnym z tego, że AK miała zdyscyplinowanych małoletnich katów. To nie ma znaczenia w tym przypadku, ale zabójstw dokonanych przez konspirację było dużo więcej niż wyroków sądów podziemnych (ile więcej, trudno stwierdzić, ale jeśli się oszacuje na kilkakrotnie więcej, nie będzie to wielkość zawyżona).
Metodą usprawiedliwiania zbrodniarza jest powtarzanie, że grozili mu komuniści: po wojnie „żył na wygnaniu, z Polski musiał uciekać przed komunistami”, „dla okupanta, a po wojnie dla władz komunistycznych jest groźnym bandytą, przestępcą politycznym najgorszego rodzaju”.
Gdy słyszę: „faszyzm nie wróci” albo: „faszyzm wróci”, odpowiadam tak samo: pod swoją nazwą nie wróci, to się będzie nazywało inaczej. Nowej nazwy nie ma, ale w obrębie polskiego patriotyzmu pojawiło się, na razie w mgławicowej postaci, myślenie podważające humanistyczną tradycję, wytrącające ludziom normy zdrowego rozsądku i skłaniające się do perwersji. Czy nie jest perwersją tęsknota do masakry, którą wyraża znany z patriotyzmu poeta? Czy nie jest perwersją znajdowanie powodu do dumy w tym, że konspiracja miała posłusznych katów i brała ich także spośród nastolatków?

Wydanie: 44/2010

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy