Szczerzenie zębów

Szczerzenie zębów

Dzisiaj tak się kocha dzieci, tak się celebruje różne formy miłości do nich, że ich samopoczucie określa w dużej mierze nasze. Jesteśmy szczęśliwi ich szczęściem, rozpaczamy ich rozpaczą. Cały nasz pobyt w Grecji stał pod znakiem dzieci. Plaża dobra, bo długo płytko, więc bezpiecznie, basen odpowiednio wyprofilowany, będą miały większą frajdę. Gdy się cieszą, ja się cieszę, jak się kłócą i dochodzi do rękoczynów, jestem w depresji. Potem nagle wraca ich wzajemna miłość, więc miło mi na duszy. Chcemy dużo jeździć samochodem po wyspie, ale one nie palą się do tego. Trudne negocjacje. Walczą, by nie jechać. Od piękna krajobrazów wolą ekran tabletu. Od morza basen. Zabytki to dla nich nieszczęście. Antoś robi wykład, że przeszłość go nic nie obchodzi, interesuje go to, co teraz, i od biedy przyszłość, jeśli kroją się tam jakieś przyjemności. Zmienią świat, kiedy dorosną, to pewne, ale czy na lepsze?

Czas wracać. Żeby dojechać do lotniska, trzeba płynąć promem przez zatokę. Świt, woda jak atrament, który w słońcu błękitnieje. Zasypiam w samolocie, lot trwa więc chwilę. Tak nagła zmiana krajobrazów zdaje się cudem. Polska pełna jest żywej zieleni. Samochód na parkingu patrzy na nas z wyrzutem, że tak długo był sam. Trasa szybkiego ruchu z Modlina do Warszawy bardzo europejska. I tylko dręczące uczucie, że to wszystko strefa skażona obłędem politycznym.

Nawet awaria warszawskiej oczyszczalni ścieków Czajka stała się polityczna. Minister Marek Suski, słynny rządowy osioł, porównał ją do katastrofy w Czarnobylu. W podobnym tonie piały media reżimowe. To dowodzi, jakim szambem stała się polska polityka. A Trump naszą rocznicę 1 września olał. Wierzę, że z lęku, że huragan spustoszy Florydę, a gdy prezydenta nie będzie w kraju, lud obarczy go winą za nieszczęście. Jak podała agencja Associated Press, Trump w sobotę, w dniu warszawskiej uroczystości, udał się śmigłowcem z prezydenckiej rezydencji Camp David w stanie Maryland do należącego do niego klubu golfowego w stanie Wirginia. Biały Dom nie poinformował, co prezydent zamierzał tam robić, ale można się domyślić. Przy okazji trudno nie dostrzec, jak podupadła powaga prezydenta Stanów Zjednoczonych. Trump ośmieszył ten urząd i go ogłupił.

Z polskiej głupoty… W rocznicę podpisania Porozumień Sierpniowych znowu dwie uroczystości w Gdańsku szczerzą na siebie zęby. Jedna, dawnej, prawdziwej Solidarności Wałęsy, Borusewicza, i ta rządowa z Morawieckim. PiS tworzy Instytut Dziedzictwa Solidarności, który ma konkurować z Europejskim Centrum Solidarności, wedle PiS będącym w rękach wroga. Obłęd. Wkrótce miejskie toalety będą znaczone, które narodowe, pisowskie, patriotyczne, a które dla liberałów, demokratów, czyli dla zdrajców ojczyzny.

Popełniłem błąd, że zgodziłem się mówić o Annie Walentynowicz w radiu publicznym. We wczesnych latach 80. napisałem książeczkę „Anna Walentynowicz” i wydałem ją w drugim obiegu (kilka lat temu było wznowienie). To jej monolog, taki szczególny, bo widziała swoje życie naiwnie, jak dziecko, jako okrutną baśń. Potem los dopisał tej baśni niezwykłą puentę, czyli śmierć w narodowej katastrofie lotniczej, która przyczyniła się do katastrofy politycznej, w której żyjemy. Teraz PiS chce, by mit Walentynowicz zastąpił mit Lecha Wałęsy. Żałosne. Ale próbują. Moja książka, co wiem z ubeckich teczek, wzbudziła w latach 80. wielkie zainteresowanie bezpieki, bo chcieli wykończyć Lecha z pomocą pani Ani, która go nie znosiła. Teraz więc jest jakoś podobnie. Dziennikarka z radia reżimowego – ale to program, którego na ogół się nie bojkotuje, bo kulturalny – przyznaje, że były wątpliwości w redakcji, czy można ze mną rozmawiać. Dopiero szef podjął decyzję, że można. Mam nadzieję, że za to nie poleci. Mówiąc o pani Ani, opowiadam w puencie, jak się rozeszły nasze drogi po 1989 r., że nic nie rozumiała z tego, co się dzieje w nowej Polsce, zapiekła, zgorzkniała. To, rzecz jasna, mi wytną. Nie trzeba było więc się godzić na tę rozmowę.

Sen dojmująco realny, że mam w domu rewizję. Lata 80., kilku ubeków szuka materiałów do mojego podziemnego pisma, schowałem je w łóżku, pod materacem. Kilkugodzinna rewizja, pamiętam wszystkie szczegóły, zwroty akcji, już byli blisko odkrycia papierów, gdy się obudziłem. Na szczęście. Tak wracają do mnie tamte lata i tamte niepokoje. Na jawie miałem tylko jedną rewizję, była mniej dramatyczna niż ta we śnie. I tą senną chyba bardziej się przejąłem.

Wydanie: 37/2019

Kategorie: Felietony, Tomasz Jastrun

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy