Nie ma żartów

Nie ma żartów

Kocham malarstwo, może nawet bardziej niż literaturę. Nie mam jednak talentu plastycznego, jaka szkoda. Niejako w zastępstwie znam wielu malarzy i lubię z nimi się przyjaźnić. Kilka razy pisałem eseje o malarstwie. A teraz były prawie jednocześnie dwa wernisaże. Na Saskiej Kępie pokazane zostały nowe obrazy Agaty Bogackiej. Bardzo ceniona malarka, która dopiero co, pamiętam, była małą dziewczynką, córką moich przyjaciół. Zaraz potem wystawa Kasi Karpowicz na Krakowskim Przedmieściu, baśniowym w świątecznych dekoracjach. Tylko gdy mijam Pałac Namiestnikowski z pięknym pomnikiem księcia Józefa Poniatowskiego na koniu, dłuta Thorvaldsena, mam odruch obrzydzenia, że rezyduje tam nijaki Duda. Ale też oddech ulgi, że nie wsadzono na tego konia Lecha Kaczyńskiego.

A Kasię Karpowicz poznałem, kiedy była jeszcze studentką. Bardzo cenię i lubię jej sztukę. To realizm magiczny. Było wiele zbiegów okoliczności, obok talentu, które pchnęły ją na drogę kariery. Była w tym także moja, już nieprzypadkowa, rola. Jeszcze zupełnie nieznaną poleciłem ją Wojtkowi Tuleyi, właścicielowi galerii Art. I tak się zaczęła jej kariera. Niezwykłe, że malarką jest też Joanna, siostra Kasi, świetnie maluje matka Anna, wybitnym malarzem był Sławomir Karpowicz, ojciec Kasi, mąż Anny, malowało i maluje jeszcze kilka osób z tej rodziny. I wszyscy byli i są naprawdę dobrymi malarzami. Fenomen! A Wojtka Tuleyę, właściciela galerii, pytam, czy nie mylą go z bratem Igorem, słynnym sędzią, który tak szlachetnie walczy o niezależność sądów. Mimo kilku lat różnicy są identyczni, nawet gesty mają identyczne, a głos bliźniaczy. Mylą – mówi – ale nikt jeszcze nie był wobec niego agresywny. Na wystawie Agaty wielu znajomych, liczni zmienieni przez czas, niektórzy już w strasznym stanie, nierokującym dużych nadziei.

Na plac Zbawiciela do Wiesława Uchańskiego, właściciela i szefa Wydawnictwa Iskry. Wielki salon, w którym przyjmuje gości, pełen obrazów, z widokiem na plac. To ostatni taki salon towarzyski Warszawy. Czasami mam wrażenie, że Wiesław kolekcjonuje książki i ludzi, ale każdego traktuje podmiotowo. Ilekroć z nim rozmawiam, czuję, że wisi mi na sercu tarcza strzelnicza, a on trafia za każdym razem w dziesiątkę. To są przyjazne, a nie wrogie trafienia. Dowiaduję się od niego, że rocznie ukazuje się w Polsce 36 tys. nowych tytułów z numerem ISBN (International Standard Book Number), czyli sto profesjonalnych tytułów dziennie. Na dodatek w Polsce już nie ma krytyki, tu też się zgadzamy. Nie ma i już. Nikt więc nie panuje nad światem książki i literatury, a perły giną na śmietniku, nie może być inaczej. Spada też gwałtownie czytelnictwo prasy papierowej i książek z okładką, internet pożera papier. Być pisarzem w takim czasie, to stać na pokładzie tonącego okrętu.

Ale to pół biedy. Ta część ludzkości, która czyta i myśli, czyli znaczna mniejszość, nareszcie się zorientowała, że zmierzamy do samozagłady. Do tej pory niektórzy o tym szeptali, teraz mówi się na głos, niedługo będzie się krzyczeć. To globalne ocieplenie. Naukowcy uważają jednak, że może być już za późno, że uruchomiliśmy reakcję łańcuchową, której nie da się zatrzymać. Jest też zagrożenie wojną termojądrową, już widać, że nie da się zapobiec rozprzestrzenianiu się broni masowej zagłady. Przepaść między światem bogatych i biednych także grozi katastrofą. Z niepokojem myślę o swoich dzieciach. Kiepsko to wygląda, nie tylko Polska jest autodestruktywna. Przecież w XX w. dwie wojny światowe nie unicestwiły świata tylko dlatego, że nie znano jeszcze dogłębnie broni masowej zagłady.

A Polskę truje węgiel. Węgiel to górnicy i Śląsk, więc elektorat PiS. Dlatego prezydent zapewnia górników: głosujcie na mnie, ja nie pozwolę zamykać kopalni, węgla mamy na 200 lat. Nie ma takiego głupstwa i takiej podłości, której nie zrobią, by zachować władzę.

Sprawa byłego przewodniczącego KNF i sześciu podległych mu urzędników jest rozwojowa w swoim obrzydlistwie. I te słowa nadprokuratora Ziobry. Co ja mogę tu napisać? Są tysiące komentarzy pełnych oburzenia. Trudno jednak o tym nie wspomnieć, bo to ważny znak czasu, który może nawet pretendować do obrzydlistwa roku. A opozycji nadal daleko do zjednoczenia mimo sukcesu tej taktyki w czasie wyborów samorządowych. Na razie Platforma zjada Nowoczesną. Dlaczego to musi się odbywać w złym stylu? Nie ma żadnych wątpliwości, że tylko zjednoczona opozycja pokona PiS. Jeśli partie opozycyjne się nie zjednoczą, będą współwinne zapaści moralnej i cywilizacyjnej, jaka spotka Polskę. Czyli będą współwinne zbrodni. Nie ma żartów.

Wydanie: 51/2018

Kategorie: Felietony, Tomasz Jastrun

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy