Czy siadamy do tej gry?

Kuchnia polska

Im bliżej maja 2004 r., tym częściej potykamy się o Europę. A to okazuje się, że jakieś kraje – jak Holandia i Belgia na przykład – mają wobec naszego uczestnictwa w Unii niejakie zastrzeżenia, a to dowiadujemy się, że Dania, Szwecja i jeszcze ktoś tam nie otworzą nam od razu swoich rynków pracy, a to wreszcie sam komisarz Verheugen, nasz żelazny sojusznik, mówi zirytowany, że gdyby wiedział, z jakim klientem ma do czynienia, nie wysilałby się tak bardzo, aby nas wprowadzać do Unii Europejskiej.
Wyciąga się z tych zdarzeń – które z pewnością będą się mnożyć, im bliżej będzie do maja 2004 r., terminu naszej unijnej akcesji – rozmaite wnioski. Pierwszym z nich jest oczywiście ten, że „biją naszych” i zostaliśmy po prostu wykiwani. Przed referendum unijnym bowiem nie tylko nasi propagandyści zapewniali, że wszystko pójdzie jak po maśle, ale z tym samym zapewnieniem przyjeżdżali do nas zachodni politycy, namawiając nas do pozytywnego głosowania. Teraz, jak słyszę z mediów, mamy się więc przekonać, ile jest warte „szwedzkie słowo”, które nieutrwalone na piśmie, zostało jednak ponoć wypowiedziane w sprawie naszego zatrudnienia w tym kraju.
Drugą opinią jest to, że obecnie UE, mając już nas w garści, zamierza na nas oszczędzać. Rzeczywiście nie ma mowy o takim eldorado unijnym, jakiego doznała na przykład wchodząca do Unii Portugalia, która zresztą, jak słychać, roztrwoniła sporą część unijnej pomocy, za co zbiera teraz należne reprymendy. W opinii, że Unia na nas oszczędza, odbija się też echem nasza przedunijna propaganda, przedstawiająca samą ideę wejścia do Europy jako radosny skok na kasę, na którym obłowimy się niczym po napadzie na Fort Knox.
Trzecim wreszcie wyjaśnieniem naszych integracyjnych trudności jest wykładnia ideowa i narodowa. A więc oto my, Polacy, zamierzaliśmy iść do Unii z krzyżem w ręku i invocatio Dei w unijnej konstytucji, a tymczasem blokują nam tę drogę sceptycy i laicy, masoni i cykliści, bezbożni Francuzi i lewicujący Niemcy, mszczący się teraz na nas za upór w obronie Nicei, za którą jesteśmy gotowi ginąć niczym za niepodległość. Nawet w deklaracjach rządowych pojawiają się takie zwroty jak „honor”, „godność” itd., rzadko używane w negocjacjach.
Naprawdę nie lubię powtarzać: „a nie mówiłem”, chociaż ostatnio mam ku temu coraz więcej okazji. Ale przecież piszę od dawna, że kwestia naszej integracji europejskiej nie jest ani pysznym i szybkim interesem finansowym, ani, jak się mówiło, naturalnym powrotem na łono rodziny witanego teraz ze łzami wzruszenia syna Europejczyka, lecz wyborem, niewolnym od ryzyka.
Wyborem – czego?
Otóż wyborem geopolitycznym, cywilizacyjnym i kulturalnym.
Można sobie opowiadać rozmaite dyplomatyczne dusery o jedności transatlantyckiej, fakty jednak są takie, że oto na naszych oczach kształtuje się nowa równowaga świata, oparta nie – jak wydawało się tuż po 1989 r. – na jednostronnym Pax Americana, z amerykańskim dyktatem ekonomicznym i militarnym, lecz na trzech, jeśli nie czterech ośrodkach: Ameryce, Chinach, Europie i być może Rosji.
Wiodące kraje unijne, Niemcy i Francja, zrozumiały tę sytuację i jeśli w ogóle podjęły myśl o rozszerzeniu Unii, to przecież nie z czystej miłości do Słowian na przykład, ale dlatego, że przy udziale dziesięciu nowych krajów, nowych kilkudziesięciu milionów ludzi i nowych rynków można stworzyć prawdziwą siłę gospodarczą i polityczną, zdolną do rywalizacji w tym nowym układzie.
Czy jednak zrozumieliśmy to my? Nie sądzę. Jeszcze nie weszliśmy do Unii, a już podpisaliśmy deklarację ośmiu premierów, stanowiącą swego rodzaju wyrwę w europejskiej jedności. Potem poszliśmy do Iraku, teraz zaś „giniemy za Niceę”, oby nie za bardzo. Wygląda po prostu na to, że nie dostrzegliśmy zasadniczej myśli, dla której jesteśmy Europie w ogóle potrzebni, starając się siedzieć okrakiem na płocie i dziwiąc się, że nie jest to wygodne.
Integracja może być dla nas skokiem cywilizacyjnym, to pewne. Unia wytyka nam teraz nasze cywilizacyjne zapóźnienie, które nas dotąd nie raziło, lecz ją razi. Ale także rzecz dzieje się między państwami, z których każde dba o swoje interesy. Jeśli więc słyszę na przykład, że centralne kraje Unii zamierzają w nowym budżecie unijnym więcej inwestować w rozwój technologii i nauki w przodujących krajach niż w pomoc dla krajów zacofanych, nie dziwię się temu. Jest to dla nas oczywiście wyzwaniem, aby nie stać się cywilizacyjnymi peryferiami, Polesiem Europy. Ale w tym celu trzeba inwestować w naukę i kulturę, a nie martwić się, „jak nalać z pustego”, z czym zwierzył się nam niedawno w „Gazecie Wyborczej ” minister od nauki.
Unia jest też wyborem kulturalnym. Trzeba tylko zrozumieć, co to znaczy. A więc oznacza to wybór określonej tradycji, oświeceniowej, tolerancyjnej i laickiej, wywodzącej się z XVIII w. Są na naszym kontynencie inne tradycje, na przykład linia kontrreformacji, ale tę właśnie, oświeceniową, wybrały główne kraje europejskie, jest to ich wizja, na tle której nasz upór w sprawie preambuły brzmi naprawdę jak Piłat w credo.
Po co im jednak ten akurat wybór kulturalny? Otóż po to, że na tej podstawie można także budować odmienny ład społeczny niż ten, którego ostoją jest Ameryka. Ład oparty nie tylko na konkurencji, ale także na solidarności społecznej. A może nawet więcej – na odmiennym postrzeganiu wartości życia, niedającej się sprowadzić jedynie do pieniędzy. „Świat nie jest towarem”, tytułuje swoją książkę francuski antyglobalista José Bové, a prof. Tadeusz Kowalik ku ogólnemu zdumieniu obliczył (patrz „Forum Klubowe” nr 13), że kraje skandynawskie w okresie apogeum swojej – potępianej teraz za rzekomą nieudolność – opiekuńczości społecznej miały tempo wzrostu gospodarczego równe Stanom Zjednoczonym.
To prawda, że po 1989 r. kraje europejskie, także ich socjaldemokracje, przeszły wysypkę liberalizmu, niektóre cierpią na nią nadal. Ale tradycją Europy jest Europa społeczna. Do tego właśnie potrzebne są kultura oświecenia i daleki cień Wielkiej Rewolucji z jej Kartą praw człowieka i obywatela.
Nikt nie poda nam tego na tacy. Może cały ten pomysł ze zintegrowaną Europą się zawali, przygnieciony rozmiarem zamierzonego projektu, siłą bezwładu nowych uczestników, konkurencją zza oceanu, której wcale się on nie podoba. Nie można tego wykluczyć.
Pytaniem jednak, przed którym stoimy dziś naprawdę, jest po prostu pytanie, czy siadamy do takiej właśnie gry, czy też przysiedliśmy się do tego stolika przypadkiem, nie wiedząc dokładnie, w co się przy nim gra.
To właśnie wymaga męskiej decyzji. Wszystko inne to są detale.

 

Wydanie: 49/2003

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy