Strażnik pamięci

– Co nam dał Claude Lanzmann?
Pytanie to postawione ni stąd, ni zowąd brzmi, rzecz jasna, idiotycznie, usprawiedliwia je jednak kilka okoliczności. Po pierwsze więc, Claude Lanzmann, reżyser słynnego filmu „Shoah”, był właśnie w Polsce, w Łodzi, co jest w ogromnej części zasługą prof. Ludwika Stommy, który go tu sprowadził i przez kilka dni zabiegał o jego kontakt z łódzką społecznością. Po drugie, w początkach lutego w programie telewizji regionalnej TVP 3 rozpoczyna się kilkudniowa projekcja „Shoah”, filmu, którego pełna wersja liczy 9,5 godziny i który nigdy dotąd nie był w całości pokazany przez telewizję publiczną. Owszem, w roku 1985 półtorej godziny wyjęte z „Shoah” wyświetlone zostało przez telewizję, co reżyser uważa za zbrodnię dokonaną na jego dziele, chociaż i tak stało się to wówczas przyczyną publicznego skandalu. Dużo później pokazał „Shoah” polski Canal Plus, ale nie jest to przecież kanał powszechnie dostępny. Po trzecie wreszcie, Lanzmann przywiózł ze sobą do Łodzi swój nowy – chociaż znany już na świecie – film „Sobibór, 14 października 1943, godzina 16.00”.
Istnieje jeszcze czwarty powód, o którym za chwilę, ale i tych przecież wystarczy, aby napisać o Lanzmannie i jego filmach.
Cóż więc takiego zrobił Claude Lanzmann na tle tysięcy relacji o zbrodni Zagłady (bo to właśnie znaczy wyraz „Shoah”) Żydów europejskich, która dokonana została rękami hitlerowców w latach wojny?
Dokonał on kilku rzeczy naraz. Jego „Shoah” jest panoramą tego niesłychanego zdarzenia. Nie epizodem, lecz panoramą właśnie. Lanzmann zebrał i zestawił ze sobą relacje pochodzące ze wszystkich krajów, w których dokonywała się zagłada, odwiedził wszystkie miejsca kaźni, spisał i podsumował wszystkie nieomal transporty jadące do obozów śmierci. To, co w postaci poszczególnych relacji oglądaliśmy od dawna, w jego filmie ułożyło się w przerażający fresk, który pokazuje zarówno ogrom, jak i metodyczność ludobójczego działania.
Ale to dopiero początek.
Ponieważ gdy robi się taki właśnie obraz, nie można przez cały czas nasycać go emocją, opowiadać krzykiem. Trzeba opowiadać spokojnie, na pozór nawet beznamiętnie. Filmy Lanzmanna są więc powolne, obiektywne, dokładne. Unika on raczej dokumentów archiwalnych, starych zdjęć, ikonografii. Pokazuje natomiast miejsca zbrodni takimi, jak wyglądają one dzisiaj, znajduje też ludzi, którzy przeżyli zagładę, widzieli ją na własne oczy, i nagrywa ich słowa. Są to dziś ludzie całkowicie przeciętni, banalni wręcz, jakich mnóstwo dookoła. W ten sposób jednak przeszłość nie oddala się i nie zamyka, lecz jest obecna w teraźniejszości. Jeśli „Shoah” chwyta za gardło, to nie dramatyzmem epizodów, ale uporczywością, monotonią zbrodni, po której śladach chodzimy co dzień, nie myśląc nawet o tym.
Stąd bierze się sens moralny filmów Lanzmanna, trudny do przełknięcia. Zagłady dokonywali ludzie przeważnie normalni, zwykli, ubrani w mundury, ciężko pracujący nad organizacją i wykonawstwem masowego mordowania. Ponieważ zaś trwało to długo, kilka lat, dookoła tej kręcącej się równo machiny śmierci żyli też inni ludzie, normalni, przyzwoici, którzy nie brali w tym udziału. Ale stali odwróceni. Nie chcieli widzieć, choć widzieli. Owszem, byli też tacy, którzy przyłożyli do tego rękę, choćby sięgając po dobytek pozostały po zamordowanych albo żądając pieniędzy za złudę pomocy. Byli też i tacy, którzy zdobywali się na bohaterstwo. Jaki jednak procent zwyczajnych przechodniów na ludnej ulicy mogą stanowić potencjalni bohaterowie?
Wiele scen z „Shoah” dzieje się w Polsce, ponieważ większa część masowego mordu odbyła się tutaj – w Polsce, w Rosji, na Białorusi. Dlatego też owa chłodna antropologia Lanzmanna wzbudziła właśnie u nas, przed dwudziestoma prawie laty, gwałtowny opór. Film okrzyknięto „antypolskim”, zanim ktokolwiek zdołał go dokładnie obejrzeć. Owe skrawki, które pokazano publiczności telewizyjnej, były wówczas wbrew pozorom niesłychanym sukcesem wydartym wśród namiętnych sporów i skomplikowanych podchodów.
Dziś widzimy ten film inaczej – mądrzej i nieporównanie smutniej. Jego prawdomówność uwiarygodnia nie tylko przeżyte i doprowadzone do powszechnej świadomości Jedwabne, ale także chociażby Bośnia. Tam też były łapanki, transporty, obozy śmierci, rasistowskie rzezie etniczne. Przewrotność Lanzmanna w spojrzeniu na człowieka pogłębia jego film o Sobiborze, jedynym obozie zagłady, w którym wybuchł zwycięski bunt ofiar przeciw katom, w wyniku czego z pośród 600 zbuntowanych więźniów aż 53 przeżyło czas wojny, co w warunkach zagłady wydaje się liczbą niezwykłą. Ale w „Sobiborze” największą sceną jest ta, kiedy uczestnik tego buntu dokładnie minuta po minucie opowiada, jak siekierą rozłupał czaszkę strażnikowi. I mówiąc o tym po latach, jeszcze teraz ma radość w oczach.
Epoka masowych zbrodni jeszcze się nie skończyła, niewykluczone nawet, że właśnie nabiera nowego rozmachu. Natomiast epoka Shoah, holokaustu, stała się przedmiotem osobliwego nadużycia. Sytuacja bezbronnych, sprowadzonych na dno człowieczeństwa ofiar i bezkarnych oprawców coraz częściej podnieca niezdrową wyobraźnię autorów, ciągnących stąd wątki sadystyczne, masochistyczne, sensacyjne, pornograficzne, horrorowe, niskie. Opowiadał mi producent filmowy, jakie to niewyobrażalne nonsensy kręci się dzisiaj na ten temat, a zwrot holocaust-bussines staje się pojęciem obiegowym, oznaczającym dobry, chodliwy interes uprawiany w dodatku w aurze rzekomej misji historycznej, służącej zachowaniu pamięci o największej zbrodni, jakiej dopuściła się nasza cywilizacja.
I to właśnie, ów pleniący się coraz bezczelniej holocaust-bussines jest czwartym powodem, dla którego warto pomyśleć o Lanzmannie i jego filmie wchodzącym właśnie na nasze ekrany telewizyjne.
Lanzmann jest strażnikiem pamięci. Strzegą jej jego filmy, także dlatego właśnie, że w odróżnieniu od produktów holocaust-bussines są one długie, męczące, robione tak, jak się ich dzisiaj nie robi, bez żadnego starania, aby wymusić porywające tempo, zdumiewające zwroty akcji, efektowne sceny czy choćby wystudiowane ujęcia kamery. Pozostaje po nich prawda, a także gorzka wiedza o ludziach, którą trudno przyjąć i przetrawić, ale nie można się od niej uchylać.

Wydanie: 6/2003

Kategorie: Felietony

Komentarze

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy