Tuskuland

22.01 Czasami pojawia się w naszym otoczeniu rzadko używane ostatnio słowo stereotyp, czasami trudno dopasować to pojęcie do świrującej rzeczywistości. Trudno, ale jak się okazuje, nie każdemu, i dowodem na to jest nasz słynny blogier, a może nawet blagier, pan europoseł Ryszard Czernecki, od którego podobno zaczęła się ta cała zadyma, która doprowadziła Ziobrę do Szwajcarii, a PiS do przedwczesnych wyborów.
Dlaczego?
Otóż w czasie pobytu w szatni na meczu politycy kontra dziennikarze minister Kaczmarek podobno opowiadał komuś z lewicy żart, którego pan europoseł albo nie zrozumiał, czemu bym się nie zdziwił, albo uznał go za prawdę i spróbował wykorzystać. A był to dowcip, jak to nasz polityk, nie wiadomo jakiego koloru, przyjechał do Szwajcarii, wszedł do banku, podszedł do kasjera i szeptem powiedział do niego:
– Proszę pana, jestem politykiem z Polski i tu, w tej torbie, mam jeden milion euro, który chcę zdeponować w waszym banku… Mam tu milion euro – tu ściszył głos jeszcze bardziej – który chcę zdeponować.
A na to kasjer na cały bank:
– Proszę mówić głośno, u nas bieda nie hańbi.
Być może tę historyjkę już na łamach „Przeglądu” opowiedziałem, ale raz, że jest przednia, a dwa, że Czarnecki przez ten żart wysłał ministra Ziobrę do Szwajcarii, z której ten przywiózł tylko ser z dziurami, z przewagą dziur, a potem jeszcze posłał Leppera do diabła i stał się przez to chwilowo bezpartyjnym. Otóż pan europoseł napisał, że jest podsłuchiwany, kiedy rozmawia ze swoimi kolegami z PiS, tu podkreślił, że z PiS, żeby uprzytomnić PiS, że on rozmawia tylko z nimi i że w Samoobronie, której przekazał całą swoją wcześniej wyprodukowaną wazelinę, kolegów już nie ma. Tu jeszcze trzeba podkreślić, że pan europoseł, jeżeli chodzi o zmianę partii i uczestnictwo w nich, przypomina mi dywizję kościuszkowską, też przeszedł cały szlak od Lenino do Berlina. Otóż pan poseł napisał na blogu, że jest podsłuchiwany, bo usłyszał aż trzy razy, kiedy rozmawiał z kolegami z PiS, szum cofającej się do początku taśmy magnetofonowej. I to usłyszał, kiedy wszyscy wiedzą, że już nawet za czasów Gierka Służba Bezpieczeństwa dysponowała dyskretniejszym sprzętem, więc prawdopodobnie pan poseł i myślenie zatrzymał w tamtej epoce. A po co mu to? A po to, żeby zrobić z siebie ofiarę. A po co? A po to, żeby do PiS trafić jako kombatant. Tylko jeszcze nie wiem, czy stereotypem jest myślenie o tym, że istnieje do dzisiaj podsłuch magnetofonowy, czy stereotypem jest sam europoseł.

Wydanie: 5/2008

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy