Kociokwik żre prawicę

Zapiski polityczne
22 listopada 2001 r.

Prawica polityczna nie może otrząsnąć się z poniesionej klęski wyborczej. Resztki potężnych dawniej partii AWS i UW, ukrywające w parlamencie swoją niechlubną przeszłość pod pseudonimem Platformy Obywatelskiej, zachowują się tak wobec państwa polskiego, jakby ono było ich najgorszym wrogiem. Ukrywają także starannie swoją własną odpowiedzialność za przeogromny kryzys finansów publicznych trapiący Rzeczpospolitą. Histerycznie paniczne wystąpienia prawicy w Sejmie mają przekonać społeczeństwo, że to nie gigantyczna dziura budżetowa wywołuje konieczność daleko idących zaostrzeń systemu podatkowego mających na celu zdobycie pieniędzy na podstawowe wydatki państwa polskiego, ale to zła lewica atakuje kraj, jakby była najeźdźcą, a nie wybawicielem od nieudolności rządzenia prawicy, powołanym do tej oczyszczającej kraj z głupoty funkcji przez większość społeczeństwa.
Klęska prawicy ma rzeczywiście złe konsekwencje personalne, gdyż wraz z odejściem z parlamentu prawicowych nieudaczników i oszołomów wybyli także poważni politycy i funkcjonariusze państwa, zaś wprawdzie nieliczni, co dzięki swej renegacji pozostali w parlamencie, w tej Platformie Rozpaczy za Minioną Świetnością, również żyją w stanie trwałego kociokwiku i obświniają różnymi epitetami każde poczynanie zwycięskiej lewicy, mające na celu wyciągniecie kraju z bagna, w które sami je do niedawna wpakowywali.
Na wczorajszym posiedzeniu Sejmu można było obserwować wręcz orgiastyczne popisy nienawiści prawicy do własnego kraju, z lekka tylko przykryte rzekomą troską o dobro państwa. Dla mnie, człowieka z „Solidarności”, jest to widowisko nader smutne – wręcz rozpaczliwe. Przecież wszyscy ci ludzie teraz tak źle odnoszący się do własnego państwa, którego niezależny byt współtworzyli, byli przeważnie osobami odważnymi, rozumnymi i uczciwymi albo takimi się przynajmniej wydawali. Co się zatem stało z ich rozumem, odwagą i przyzwoitością? Bez jasnej odpowiedzi na to pytanie trudno zrozumieć meandry dróg, jakimi chadza polska prawica.
Moja diagnoza jest taka: oni walczyli rozumnie i odważnie o państwo dla siebie, o prawicową Polskę, może bez żydobicia i pogoni za masonerią pod każdym krzakiem, bez wojującego ateizmu, ale i bez prymatu funkcjonariuszy religijnych na każdym kroku, bez zorganizowanego sprzeciwu „skrzywdzonych i poniżonych”, bo to przecież nieroby i obiboki, od których państwo nie może oczekiwać dochodu, no i oczywiście bez śladów nie tylko po komunie, gdyż to oczywiste, lecz również bez istotnej pozycji lewicy w tym wymarzonym i wywalczonym nowym państwie.
Aż tu pojawia się kłopot nie do pojęcia. Właściwie dwa kłopoty, nie wiadomo, który gorszy. Oto skrzywdzeni i poniżeni dochodzą do politycznego rozumu i zamiast protestów – jałowych, choć na ogół sprawiedliwych – ta cholerna gołota organizuje się i zdobywa solidną reprezentację w Sejmie RP. Co gorsza, poparcie dla tej gołoty rośnie i Bóg jeden wie, jak daleko dotrze. Może nawet do pałacu Koniecpolskich (wiadomo, o który chodzi i kto w nim teraz mieszka).
Gołotę – jak się wydaje – można oswoić. „Dostaną kilka stanowisk i ucichną – myśli pokonana prawica. Gorzej jest z tą przeklętą lewicą. Jakim prawem ci parszywi dranie po tych wszystkich zbrodniach, których się dopuścili na narodzie polskim, zyskują sobie tak ogromne poparcie społeczeństwa, że mogą tworzyć lewicową koalicję i zdobywać władzę w kraju nie na drodze zamachu stanu, ale w wolnych demokratycznych wyborach? Grzech nie do wybaczenia”.
Myśli sobie prawica w skrytości ducha: „To miało być nasze państwo, nasze, nasze, nasze, nasze i jeszcze raz nasze, bez lewicy u władzy i bez tej cholernej gołoty w Sejmie. Gołota ma tyrać, lewica powinna milczeć i tym milczeniem Boga za swoje zbrodnie i grzechy przepraszać. Rządzić mamy my, ludzie prawdziwej prawicy, z ryngrafami na szyi i z takimże ryngrafem dla naszego światowego ideału i bohatera Pinocheta z Chile”.
Ta nienawiść do zwycięskiej lewicy, pomieszana z żalem za utraconą świetnością prawicy u władzy przybiera w trakcie napadów tej nienawiści formy bliskie ekstazie erotycznej. Wczoraj w programie telewizyjnym poseł Macierewicz popadł na widoku publicznym w takie stany nienawistnicznego orgazmu, że gdyby nie zadawniona dorosłość mego syna, kazałbym mu wyjść z pokoju, by dziecko nie doznawało zgorszenia.
Zapyta ktoś: czego oczekujesz zatem od opozycji? To jest wszak jej rola, gryźć rządzących. Być może, ale w sytuacji kiedy wspólne państwo Polaków jest w stanie skrajnej zapaści, oczekiwałbym raczej, gdyby prawica była zdolna do odzyskania chociaż na krótko swej dawnej rzetelności moralnej z okresu walki z systemem totalitarnym, że mogłaby teraz mądrymi radami i przyzwoitym głosowaniem wspierać rządowe propozycje ratowania tonącego statku, na którym jeszcze powiewa dumnie flaga Rzeczypospolitej.
Nie bardzo wierzę, by taka przemiana była możliwa. Klęska, choć spodziewana, zamąciła tym ludziom jasność widzenia świata, nienawiść do zwycięzców dławi gardła, a niski zapewne poziom poczucia moralnej odpowiedzialności za kraj uniemożliwia rozumne i przyzwoite postępowanie.
Dramat naszej ojczyzny polega na tym, że każda kolejna formacja prawicowa szanuje Polskę i jej interesy państwowe tylko wówczas, gdy to jest ich Polska, gdy mają w niej władzę. Ich specyficznego przywiązania do ojczyzny pojmowanej jako rzecz do rządzenia w niej, a nie jako pospolita rzecz nie mąci taka drobna okoliczność, iż wówczas, gdy Polska była ich, nie potrafili w niej rządzić chociażby poprawnie. Gnoili kraj bez opamiętania. Gdy przegrali w opinii narodu, żre ich teraz straszliwy kociokwik.

 

Wydanie: 48/2001

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy