Stówka

Pan premier poinformował uroczyście społeczeństwo, że zrealizował 90% tego, co obiecywał nam w swoim exposé. 10% nie wykonał przez Platformę, która rzucała mu beciki pod nogi, owijając je podwójnymi pieluchami.
Pozostaje teraz pytanie: co dalej, jeżeli te ostatnie 10% się zrealizuje? Czy nowy rząd, czy nowe 100%? I co jeszcze wymyśli Platforma?
Tym razem pokazała lodówkę podobną do tej, jaką otwierało PiS przez wyborami – tę, w której ubywało jedzenia, ponieważ wyjadały je pluszaki, które potem odpadały ze ścian, prawdopodobnie z przejedzenia, ale teraz nie było w niej nawet resztek pokarmu, za to stał w niej telewizor, i to nawet niewłączony. Czyli został dokonany tutaj żart połowiczny, ponieważ Jan Maria Rokita chciał tym gadżetem udowodnić, że dużo się mówi, a nic się nie robi, żeby ten demonstrowany zamrażalnik był pełen.
Gdyby mnie zaproszono do tej zabawy jako eksperta od czarnego humoru, to ja bym ten telewizor włączył, i to z przemawiającym panem premierem, i wtedy wyszedłby Platformie ten słynny żart, w którym na pytanie, gdzie jest pan premier, odpowiedziałoby się: wszędzie, nawet w lodówce.
Tu by pan Jan Maria Rokita zawiesił głos, a zawieszać potrafi, sięgnął za telewizor, wyciągnął zza niego puszkę z napisem SKUMBRIE W TOMACIE lub PAPRYKARZ SZCZECIŃSKI i dodał, zwracając się do zaskoczonych dziennikarzy: – A teraz zobaczymy, co jest w tej konserwie.
Niestety, tego żartu nie dopracowano i dlatego uważam, że po tej studniówce pozostał mi niedosyt.
Najbardziej jednak zirytowało mnie uroczyste posiedzenie Rady Ministrów, i to nie z powodu treści na niej prezentowanych, tylko zachowywania się ministrów podczas wygłaszania peanów na swoją cześć przez kolegów z rządu. Kręcili się, opowiadali jakieś żarciki, pisali liściki i mało brakowało, by zaczęli grać w okręty i puszczać samolociki albo jaskółki. Rada Ministrów wyglądała jak klasa, która nie posiada wychowawcy albo szkoła po reformie, w wyniku której tylko uczniowie mogą okładać nauczyciela i w żadnym wypadku odwrotnie.
A jedyny żart, jaki skojarzył mi się z tym uroczystym dniem, to jest taki, jak to krowa wgramoliła się na wierzbę i zając, który przechodził drogą, widząc to, krzyknął: – Ty! Krowa! Co ty tam robisz na tej wierzbie?!
– Będę jadła gruszki.
A na to zając: – Krowa! Z tymi gruszkami, co rosną na wierzbach, to nieprawda. To jest tak zwana przenośnia.
A na to krowa: – Ty, zając! Nie przejmuj się. Gruszki zabrałam ze sobą.

 

Wydanie: 7/2006

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy