Marznący dreszcz

Marznący dreszcz

Leje jak z cebra, ale meteorolodzy straszą „bestią ze wschodu”, mroźnymi śnieżycami i nagłym atakiem zimy, żeby więc przygotować się do tego duchowo, czytam doniesienia spod K2 i oglądam lodowate filmy. W Karakorum właśnie dokonuje się senny koszmar naszych „lodowych wojowników”, którzy Czogori uznali już za narodową górę Polaków. Oto bowiem całkiem sprawnie zmierza do historycznego sukcesu pierwszego zimowego wejścia na szczyt grupa Szerpów – najwybitniejszych himalaistów nepalskich, znających teren jak nikt inny, doskonale wyposażonych i zorganizowanych, w dodatku prognozy zwiastują dla nich oczko pogodowe, na jakie nasi rodacy nie doczekali się nigdy. Co gorsza, dla dumy naszych górskich narodowców (kilku z nich jęło się niedawno oficjalnie przymilać do ministranta kultury fizycznej, znanego w środowisku ludzi kultury jako „Brat Idiota”, aby pozyskać finanse na kolejne Narodowe Oblężenie Zimowe góry gór), jedyny Polak, który tam się pojawił, już w namiocie bazowym się pochorował i skończył zawody. Za to w akcji pozostała Polka, Magdalena Gorzkowska, lekceważona przez himaldziadersów i skazywana na pożarcie, tymczasem dzielnie zdobywając aklimatyzację w kolejnych obozach, już zdołała dotrzeć na 6650 m. Szanse Szerpów rosną tym bardziej, że nie są „beztlenowcami” i ładują pod górę z butlami; to oczywiście daje okazję na przyszłość wszystkim naszym wyrywnym ekstremalistom, żeby nawet w razie sukcesu Nepalczyków zassać dotacje ministerialne na pierwsze wejście „stylowe”. Szerpowie nie znają naszej tradycji szlachetnego cierpienia w górach wysokich – wystarczy im, że muszą marznąć przy minus 40, czemuż mieliby jeszcze do tego się dusić. Trzymam kciuki, żeby nie zmarzli zanadto i wyczekując siarczystych zadymek, sięgam po film o śnieżnej przejażdżce po zakamarkach sfatygowanego umysłu.

Choć wobec produkcji platformy Netflix pozostaję w głębokiej nieufności, bo na potęgę formatuje ona i przykrawa kompetencje audiowizualne swojej widowni, wiem, że z rzadka przyzwala wybranym autorom na szaloną wolność twórczą. Skorzystał z niej ongiś Alfonso Cuarón w wybitnej „Romie”, a tej jesieni zrobił to Charlie Kaufman, kultowy amerykański scenarzysta, dopiero po raz trzeci samodzielnie stający za kamerą. Odkładałem projekcję „Może trzeba z tym skończyć” zniechęcony szeptanką środowiskową, że tym razem Kaufman wyjechał poza bandę i zrobił rzecz narcystyczną, artystowską, bla, bla. Tymczasem ten utwór „zrył mi beret” może jeszcze silniej niż skądinąd arcydzielne dwa poprzednie filmy reżysera: „Anomalisa” i „Synekdocha. Nowy Jork”. Środowiskowa legenda głosi, że przy stoliku dawnego Czytelnika za dyskwalifikującą gafę uchodziło opowiadanie własnych snów. Co prawda jeden z najbardziej zasłużonych stolikowiczów, Henryk Bereza, tej zasadzie zaprzeczył swoją „Oniriadą”, lecz przecież uczynił to na piśmie, w kawiarni nie słyszano jego sennych anegdot. Śmiem twierdzić, że szacowne towarzystwo uczyniłoby chętnie wyjątek, gdyby tylko ktoś umiał opowiadać sny tak jak Charlie Kaufman.

Film na podstawie powieści kanadyjskiego pisarza Iana Reida zaczyna się jako rohmerowski z ducha dramat psychologiczny od długiego dialogu inteligenckiej pary w zimowej podróży, a potem rozpędza się poprzez zaspy, groteskę, surrealizm, horror, Lynchowski oniryzm, klasyczny musical, film taneczny, animację rysunkową, aż do finału, po którym nie ma czego zbierać z oczekiwań widza. To nie jest beztroska psychodelia, narracja filmu rozpada się niepostrzeżenie, ale potem destrukcja nabiera rozpędu, bohaterowie zmieniają się fizycznie, ze sceny na scenę starzeją o kilka dekad, by w następnej odmłodnieć o pół wieku, zmieniają też imiona, wykształcenie, status społeczny; wszystkie paradygmaty zostają tu podważone i przenicowane. Kaufman znalazł kinowy ekwiwalent literackiego strumienia świadomości – w tym wypadku… zamarzającej – z jego achronologią, fragmentarycznością, płynnym montażem (roz)kojarzeń. Forma i struktura są tu więc rozkołysane, ale wszystko to służy pejzażowi wewnętrznemu postaci, które z czasem okazują się ledwie projekcjami cudzego umysłu.

Dopóki Kaufman utrzymuje widza w nadziei na realistyczną opowieść, jest groźnie, ale i śmiesznie. Chłopak zawozi dziewczynę do domostwa na pustkowiu, żeby przedstawić ją rodzicom, ale nie wygląda to zachęcająco – w stodole leżą martwe owce, chlew jest pusty, bo świnie zostały żywcem zeżarte przez robactwo, pies w domu nie może się przestać otrzepywać, a rodzice okazują się rąbnięci, niekoniecznie zdrowo (karykaturalne, pyszne role Davida Thewlisa i Toni Colette). Potem rozkręca się koszmarna oniriada tak ponura, że osławiony „Stroszek” Herzoga, przy którym Ian Curtis odebrał sobie życie, traci palmę pierwszeństwa w dziedzinie najbardziej depresyjnych dzieł sztuki filmowej. Reżyser bez mała molestuje widza, próbującego zaczerpnąć tchu i wydostać się do krainy twardej mimetyki, gdzie rzeczy są, a nie tylko się wydają. Jesteśmy w pułapce, jak główna bohaterka, nieustannie powtarzająca, że chce wrócić do domu, tym częściej, im bardziej rozumie, że ten powrót już nie będzie możliwy. Im bardziej pada śnieg, tym bardziej pada śnieg, dziewczyna słyszy „Baby, it’s cold outside” i nie może się uwolnić, jak w słynnym świątecznym songu sprzed ery Me Too. Wielkie kino na wielki mróz.

w.kuczok@tygodnikprzeglad.pl

Wydanie: 3/2021

Kategorie: Felietony, Wojciech Kuczok

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy