Urok szamana

Urok szamana

Umarli śnią się jako żywi. Niby to oczywiste, a jednak wciąż mnie zaskakuje, że ojciec, od kiedy nas odumarł, nawiedza moje sny w tak znakomitej formie. We śnie podziwiamy z matką jego werwę i szepczemy sobie porozumiewawczo: „Nie wolno mu powiedzieć, że umarł, bo się człowiek załamie”. Którymś razem jakoś to wyciekło między słowami i ojciec bardzo się na nas pogniewał („Nie zrobicie ze mnie umarlaka!”), kiedy indziej zaś kwestionował nawet i taką sugestię, że skoro żyje, choć wcześniej umarł, oznacza to cud zmartwychwstania. Nie i nie, ojciec upiera się, że nigdy nie umarł, żarliwie wypiera się śmierci; ba, kiedy zaczynam we śnie się domyślać, że śnię, odsyła mnie do wszystkich diabłów, przekonując, że nawet jako mara senna jest bardziej realny od wszystkiego, co sobie uroiłem w życiu. Krzyczy na mnie – dawno nie słyszałem jego krzyku, przez ostatnie lata nie miał już siły podnosić głosu – kiedy próbuję mu zadać pytanie, jak tam jest, po drugiej stronie. No i weź tu gadaj ze zmarłym.

Za życia tryskał energią, a i tzw. osobowością artystyczną, legitymizowaną dyplomem akademii sztuk pięknych, domowników nieco obezwładniał. Ojciec był do rany przyłóż, o ile dawało mu się bezwzględny posłuch, z czasem jednak, kiedy do jego małżeństwa wkradł się element znużenia, a jedyne dziecko przeobraziło się w zbuntowanego nastolatka, przestał być słuchany. Niesłyszani podnoszą głos, niesłuchani wściekle krzyczą. Byłem ojcu wrzaskliwie nieposłuszny, a kiedy moi rodzice próbowali przekrzyczeć małżeński kryzys, mieliśmy już zupełny dom wariatów. Sąsiedzi, do których pijackich awantur ojciec zajadle wzywał policję, nagle przestali się kłócić, demolować domostwa, nie powiem, że przestali pić, ale jęli to czynić nad wyraz dyskretnie. Może zawstydzili się, że ich przedrzeźniamy, a może korzystali z okazji, że wreszcie to oni mogą się poczuć lepsi: no proszę, niby wykształceni, a mordy drą na siebie jak swołocz. Z czasem tak przywykłem do porozumiewania się krzykiem, do wiecznie przeskalowanego diapazonu emocji, że bywając w gościnie u rówieśników, podejrzewałem ich rodziców o uprzejmość na pokaz, o teatralnie powściągnięte gesty i tony, nie mogłem uwierzyć, że w innych domach po prostu się do siebie mówi, że się siebie nawzajem wysłuchuje.

Być może właśnie tym konwulsjom życia rodzinnego zawdzięczałem bezgraniczne zauroczenie kinem Andrzeja Żuławskiego, którego filmy poznawać zacząłem w szczytowym momencie burzy i naporu pokwitania, przypadającego na moment maksymalnych turbulencji małżeńskich moich rodziców. To, co krytycy nazywali histerycznym aktorstwem, rozpoznawałem jako psychologiczny weryzm, co określano mianem kina ekstremalnego, dla mnie było cichym realizmem familijnym. Młodzieńcze opętanie dzikimi filmami Żuławskiego szło u mnie w parze z zauroczeniem postacią autora, który w wywiadach dawał się we znaki erudycyjnym mentorstwem, apodyktycznym intelektem i jakąś organiczną wprost, nieposkromioną pogardą dla wszystkich, którzy mu nie dorównywali. W dodatku w jego filmach role życia grały najpiękniejsze kobiety świata, co budziło podziw i zazdrość. Za młodu rozlubowany w najbardziej krwawych łaźniach żuławszczyzny – „Diable”, „Opętaniu” czy „Trzeciej części nocy”, dziś najbardziej cenię jego wyciszone dzieła – z chopinowską „Błękitną nutą” na czele. Robił filmy wielkie, ale zdarzały mu się i poronione gnioty („Szamanka”); miewał chwile literackiej wielkości (eseje „Zaułek pokory”), ale i padał ofiarą wiary we własną nieomylność – redaktorów rozstawiał po kątach lub nawet przepędzał, czym najbardziej zaszkodził sobie bodaj w „Nocniku”. Czuły, uwodzicielski i charyzmatyczny rozkochiwał w sobie damy, którymi potem pomiatał na łamach powieści autobiograficznych.

Zmarły przed trzema laty Andrzej Żuławski doczekał się tej jesieni prawdziwego benefisu: dwóch fantastycznych książek, wzajem się uzupełniających, których jest bohaterem. Pierwsza to wznowiony po dekadzie wywiad rzeka, przeprowadzony przez dwóch krakowskich filmoznawców: Piotrów Kletowskiego i Mareckiego. Kletowski z pozycji człowieka głęboko religijnego co i rusz prowokuje Żuławskiego do trącania strun metafizycznych, do rozważań o sacrumprofanum. Mareckiego bardziej interesuje sama istota sztuki filmowej; tak czy owak, z cyklu rozmów trzech intelektualistów powstała kultowa już dziś, wydana wreszcie z porządnymi fotografiami, opowieść o wybitnym i krnąbrnym artyście. Z kolei fantastyczny „Szaman” Aleksandry Szarłat, opasła i pasjonująca biografia Żuławskiego, wyrasta ze słusznego przekonania o programowej mitomanii reżysera, który fantazjował o sobie i swoich bliskich, tworząc coraz to nowsze wersje własnego życiorysu. To książka czule demaskatorska, ale też niezwykle dociekliwa, imponująco udokumentowana, z rozmachem portretująca dzieje niezwykłego przedstawiciela wymierającej inteligencji polskiej. Pozycja obowiązkowa, warta wszelkich przyszłorocznych nagród, które jej zwiastuję.

Wojciech Kuczok jest prozaikiem, poetą, krytykiem filmowym i scenarzystą. Laureat Paszportu „Polityki” w dziedzinie literatury za rok 2003 i Nagrody Literackiej Nike 2004 za powieść „Gnój”

Wydanie: 46/2019

Kategorie: Felietony, Wojciech Kuczok

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy