Polityka klasowa

Polityka klasowa

Kiedy duży biznes dba o swoje interesy, mówi się w mediach korporacyjnych „o usuwaniu barier rozwoju gospodarczego” i „koniecznych reformach gospodarki”. Gdy natomiast pracownicy upominają się o swoje prawa – tzw. doradcy ekonomiczni i przedstawiciele organizacji reprezentujących duży biznes biadolą o „nieodpowiedzialnych żądaniach”, „partykularnych interesach związkowców” i „braku wiedzy ekonomicznej w kręgach pracowniczych”. W podtekście można usłyszeć o ciemnym ludzie, który „nie powinien się mieszać w sprawy gospodarcze, bo się na nich nie zna”. Natomiast przedstawiciele partii politycznych stojących po stronie biznesu (w Polsce np. PO) protestują przeciwko „mieszaniu się związkowców do polityki”. Jeżeli dbałość o dobro publiczne i sprawy społeczne nazywać będziemy polityką, to związkowcy wręcz mają obowiązek angażować się w tak rozumianą politykę. Kiedy w petycji złożonej w Ministerstwie Zdrowia zażądali m.in. systematycznego zwiększania nakładów publicznych na ochronę zdrowia, zatrzymania przekształceń szpitali w spółki i poprawy dostępu pacjentów do świadczeń, usłyszeli od wiceministra Sławomira Neumanna, że ich postulaty są w dużej mierze „polityczne i nierealne”. Panie ministrze, dbałość o interes społeczeństwa jest polityką jak najbardziej. Chcemy więcej takiej polityki zamiast debat o Smoleńsku i rocznicach historycznych!
Równie mocna reakcja była po protestach związkowców w Warszawie. Media zostały zalane komentarzami „ekspertów ekonomicznych” na temat „nieodpowiedzialnych postulatów związkowców”. Wyliczano, ile te żądania będą kosztować. Raz było to 100 mld zł, innym razem 300 mld zł. Nigdy jednak nie spotkałem się z wyliczaniem, ile będą kosztowały społeczeństwo np. ulgi dla biznesu lub ile usług publicznych (szpitale, szkoły, pomoc socjalna) ucierpi na skutek wydania przez polski rząd ponad 130 mld zł na zbrojenia. Chętnie zobaczyłbym te symulacje i zapoznał się z komentarzami pokazującymi, o ile mniej pociągów będzie jeździć po Polsce z tego powodu i jak bardzo zakup czołgów bądź wojskowych helikopterów wpłynie na długość oczekiwania w kolejce do lekarza specjalisty. To byłaby bardzo pouczająca analiza.
Jak to się dzieje, że politykę neoliberalną służącą interesowi jednej klasy społecznej nazywa się „działaniami obiektywnymi, koniecznymi, modernizacyjnymi”, co więcej – „ogólnopaństwowymi”, natomiast rozwiązania, które naruszają interes dużego biznesu, uznaje się z góry za „utopijne” czy „roszczeniowe”? To proste. Media w większości należą do jednej ze stron konfliktu społecznego.
Kiedy na łamach „Gazety Wyborczej” ukazał się tekst Michała Wybieralskiego, który zwrócił uwagę, że w Polsce „nie ma rzetelnych analiz postulatów związkowych, jest za to dużo widzimisię ekspertów reprezentujących zwykle punkt widzenia jednej strony – pracodawców”, odczułem to jako przypływ świeżego powietrza i zupełną nowość w komentarzach „Wyborczej” na temat krajowych konfliktów społecznych. Strona biznesu i pracodawców, która cechuje się wyjątkową „czujnością rewolucyjną”, nie zostawiła jednak na stwierdzeniach Wybieralskiego suchej nitki. Redaktor Mosz, neoliberalny kaznodzieja medialny, dał sygnał do ataku w programie EKG („Ekonomia, Kapitał, Gospodarka”) nadawanym w radiu Tok FM. Audycja ta powinna w ogóle się nazywać „Głos Giełdy” i rozpoczynać wezwaniem: „Pracodawcy wszystkich krajów, łączcie się i nie dajcie się naciskom klas ludowych!”. A Wybieralski pewnie zostanie dyżurną twarzą społecznej i bardziej wrażliwej strony „Wyborczej”, zanim go nie dosięgną korporacyjne cięcia.
To jest w ogóle ciekawe zjawisko, jak rozbudowaną świadomość klasową mają w Polsce pracodawcy i ich tzw. eksperci. Są przekonani, że wróg klasowy czai się dookoła i dlatego pozostają wiecznie czujni. Środowiskom pracowniczym daleko do tego poziomu wyczulenia na bieżące sprawy. Wystarczy, że w przestrzeni publicznej pojawi się skromna sugestia odebrania części przywilejów dużym korporacjom, bankom czy generalnie biznesowi i już następnego dnia „eksperci ekonomiczni” wyją z telewizji, internetu i innych mediów o tym, jaką krzywdę robi się polskiej gospodarce. Biznes, inspirując się Ludwikiem XIV („Państwo to ja”), twierdzi: „Gospodarka to my”.
Ten sam atak histerii i lamenty będziemy obserwować w najbliższych tygodniach przy okazji likwidacji przymusu oddawania składek do prywatnych funduszy OFE. Będziemy słyszeli o zamachu na polską giełdę, groźbie odpłynięcia kapitału finansowego, powrocie do socjalizmu i katastrofie, jaka czeka system emerytalny. Wielkie miliony pójdą na kampanię w mediach i na billboardach, ukazujących OFE jako poczciwych obrońców naszych emerytur. Propagandowe kłamstwa będą się podpierały tzw. autorytetami naukowymi i gospodarczymi.
Strona społeczna powinna się uczyć przy tej okazji, jak w praktyce tworzy się „politykę klasową”, jak zarzuca media własnymi postulatami i skutecznie walczy o swoje interesy. Kapitał i jego klakierzy opanowali tę umiejętność w sposób perfekcyjny.

Wydanie: 40/2013

Kategorie: Felietony, Piotr Żuk
Tagi: Piotr Żuk

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy