Krauze w Smoleńsku

Krauze w Smoleńsku

Reżyser Antoni Krauze kręci film o tragedii smoleńskiej. W jego wersji jest to rosyjski zamach stanu na prezydenta Lecha Kaczyńskiego, tuszowany później i zakłamywany na równi przez Kreml, jak i „platformerskie” władze polskie. Nic oryginalnego. W porównaniu z Antonim Macierewiczem, który informował o przetrzymywanych na Syberii ocalałych z katastrofy, to jeszcze dotąd małe piwo. Nie warto byłoby o tym pisać, gdyby nie wywiad, którego Antoni Krauze udzielił „Kurierowi Wnet” (numer z kwietnia 2015 r.), będący tak podręcznikowym przykładem swoistej interpretacji faktów, że musiał mnie jako starego belfra zafascynować. W krótkim, jednostronicowym wywiadzie (umniejszonym jeszcze trzema fotografiami dużego formatu) siedmiokrotnie pada słowo prawda. Prawdę ową posiadł Krauze. Jest ona jednoznaczna i czarno-biała. Deklaruje wprawdzie reżyser, że „jakiekolwiek ślady są dla nas niedostępne”, lecz nie skłania go to do powzięcia żadnych wątpliwości. Wręcz odwrotnie, własna niewiedza daje mu tylko asumpt do upewnienia się w spiskowej teorii. Skoro JA nic nie wiem, przede MNĄ ukrywają (tzn. nie podają mi nic więcej niż ustalone wersje ekspertów), nie może to świadczyć o niczym innym jak o „prawdzie” złowrogiej konspiracji. Skoro tak, to już ja im pokażę. Prześcignę nawet Macierewicza.

Po katastrofie nastąpił terror „seryjnego samobójcy”. To termin stworzony przez Antoniego Krauzego, w poważnej kryminalistyce, poza Stanami Zjednoczonymi, nie występuje. Oznaczać ma dokonywanie masowych zabójstw świadków zbrodni pod pozorem ich targnięcia się na życie. Jednym z tak zamordowanych (chociaż w czyim interesie?) miałby być gen. Sławomir Petelicki. Pokazuje go na kadrach Krauze i ubolewa, że „w filmie ma być pokazany, i to pozytywnie, były esbek. Ale mnie obowiązuje PRAWDA”. Dziennikarka „Wnet” Magdalena Uchaniuk pyta przymilnie: „Czy generał mógł zapłacić za swoje zachowanie (parę krytycznych uwag – L.S.) najwyższą cenę?”. Odpowiada prorok prawdy Krauze: „Moim zdaniem, jak najbardziej. Z tego, co wiem, nikt z jego przyjaciół, znajomych nie wierzy w żadne samobójstwo. Myślę, że nie bez kozery został zaliczony do wielu ofiar tzw. seryjnego samobójcy”, czyli do trupów rozsiewanych po drodze przez Tuska.
Wydawałoby się, że w tym momencie reżyser Antoni Krauze mija się z prawdą. Monika Jaruzelska, bliska przyjaciółka Petelickiego, wspominając jego śmierć, nie ma żadnych wątpliwości co do samobójstwa. Nikt wbrew naszemu filmowcowi nie podawał dotąd faktu w wątpliwość i nie ma najmniejszych przesłanek do jego zakwestionowania. Ale Krauze znajdzie i na to odpowiedź: ludzie „się boją. Boją się, że jak to wszystko runie, to się okaże, w czym my wszyscy, uważający się za Polaków, uczestniczyliśmy. Ja robię wszystko, żeby odwrotnie: wstrząsnąć, nie kłamać”. Rzecz jest jasna – przyjaciele generała kłamią ze strachu (acz on, właśnie widząc ich panikę, wydziobał z ziarna sedno), aktorzy, którzy Krauzemu odmawiali uczestnictwa w filmie, robili to też nie z przekonania, ale z lęku przed Putinem, Tuskiem i minister Omilanowską, która nawet bez polecenia tych pierwszych wypisałaby im od razu bilet na Wyspy Sołowieckie, Kamczatkę lub Magadan. Najlepszy tego dowód – odważyła się powiedzieć (co nie ma akurat nic wspólnego z polityką, a tylko z dobrym gustem), że projekt Krauzego jest „megakiczem”.

Potem następuje w wywiadzie Krauzego passus osobisty, a można go nazwać psychoanalitycznym. Słodka pani Magdalena pyta: „Powiedział Pan, że robienie filmu i plan zdjęciowy to choroba… Czy jest Pan teraz chory?”. Odpowiedź: „Tak, jestem ciężko chory i dlatego odmawiam jakichkolwiek wywiadów, komentarzy. Nasza rozmowa to wyjątek. (…) Powiedziałem, że jestem chory, ponieważ o niczym innym w tej chwili nie potrafię myśleć. Na przykład dwa dni temu zapomniałem, że są urodziny mojej żony. Mówię o tym z wielkim wstydem, ale taka jest PRAWDA”. (…) Przystępując do sprawy, jaką jest film »Smoleńsk«, a potem próbując go zrealizować, musiałem się liczyć z tym, że zapłacę za to pewną cenę, PRAWDA?”. Obie „prawdy” zostały przeze mnie wytłuszczone. Naprawdę nie przesadnie. Gdyż oto…

Dochodzimy do podręcznika demagogii, który mnie tak urzekł. Zawiera on przynajmniej trzy wskazania. Po pierwsze, jeżeli nic nie wiem, to tylko potwierdza moje tezy, gdyż najwidoczniej ONI coś przede mną ukrywają. Po drugie, jeżeli zbyt wielu mówi coś, co mi nie pasuje, oznacza to, że zawiązał się spisek usiłujący obalić moje tezy, czyli PRAWDĘ. Po trzecie, o słuszności moich intencji i PRAWDZIE przekonań niech świadczy to, że wobec wielkości mojego przesłania, chory, zapomniałem o urodzinach żony. Jakież to patetyczne! Biedny Krauze! Mnie się to jeszcze nie zdarzyło. Pamiętam zawsze o urodzinach Basi. Świadczy to, jak widać, o mojej małości. Nie dorosłem jeszcze do obłoków. Panie Krauze, cóż mogę panu przekazać w tym felietonie: choroby trzeba leczyć. Po odpowiedniej kuracji może dojdzie pan do wniosku, że świat jest prostszy, niż się panu wydaje, a małe ruskie przestaną łazić panu po łóżku, bo to rzeczywiście nieprzyjemne. Dobrej nocy, dobrych snów.

Wydanie: 21/2015

Kategorie: Felietony, Ludwik Stomma

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy