Atmosfera nieprawdy

Atmosfera nieprawdy

BEZ UPRZEDZEŃ

Nareszcie biskupi znaleźli powód, aby otwarcie wystąpić w kampanii wyborczej przeciw Aleksandrowi Kwaśniewskiemu. Jeden z nich zażyczył sobie nawet, aby prezydent podał się do dymisji, a dobroduszny, nic nie znaczący żart uznał za skandal na skalę światową. Przez te wypowiedzi, poparte wrzawą mediów, zostaliśmy wprowadzeni w dziedzinę nadrzeczywistości, gdzie rozsądek jest bezużyteczny, gdzie sens i bezsens są nieodróżnialne. Obok biskupów politycy warszawscy i powiatowi jęli krzyczeć w tonie boleści, że uczucia religijne ich i katolickiego społeczeństwa zostały zranione. Jednak na lądowisku w Kaliszu nie było społeczeństwa, a z kilkunastu osób, które tam były, żadna nie poczuła się dotknięta rzekomym “znieważeniem” papieża. Jeśli społeczeństwo katolickie mogło zostać obrażone w swoich uczuciach religijnych, to dopiero wówczas, gdy Krzaklewski nadał tę scenę na cały kraj. Ale i to nie jest prawdą. Nikt normalnie reagujący nie mógł tej scenki koło helikoptera uznać za “parodiowanie świętych gestów papieża Jana Pawła II”. O wiele częstsza była zupełnie inna reakcja: czy czynniki kościelne i ich świeckie ramię solidarnościowe nie posuwają się za daleko w kontrolowaniu zachowań? Polska jest katolicka, ale również w dużej części jest antyklerykalna i w wielu domach wyznaniowo arcykatolickich mówi się bardzo źle o biskupach i proboszczach. Niejeden katolik wyciągnął ze sprawy zupełnie inne wnioski niż chciano mu podsunąć. Cytuję: “Skoro na Kwaśniewskiego spada grad potępień za niewinny żart sytuacyjny, to co zrobiliby ze mną, gdyby wiedzieli, że regularnie wieszam psy na księżach”. Widzi w tym akcję zastraszania, służącą rozszerzaniu władzy kościelnej i następnie sięganiu po nowe zdobycze materialne. Ksiądz Adam Boniecki pisze, że bardziej niż sam “niesmaczny incydent” zdumiewa go “amnezja” Prezydenta. Czy ks. Boniecki pamięta przynajmniej jedną setną, niech będzie jedną tysięczną z tego, co rozmyślnie powiedział i co mu się rzekło trzy lata temu? Taki zarzut “amnezji” może się pojawić tylko w sferze nadrzeczywistości, gdzie zwykły rozsądek nie ma nic do gadania.
Scenka przy helikopterze w Kaliszu ilustruje pewną cechę polskiej mentalności, której nie pochwalam, a ściśle mówiąc, serdecznie nie znoszę. Jest ona ponadpartyjna, a nawet ponadczasowa. Już Norwid oburzał się na to polskie żartownisiostwo, które wplata się w najpoważniej zaczęte debaty. Polacy, pisał Norwid, nie potrafią poważnie rozważać, dyskutować, po niedługiej chwili popadają w żartobliwość i kpinki, o ile się głupio nie pokłócą. Niektórzy dostali tu nauczkę, ale nie wiem, czy wzięli całą sprawę w aspekcie rzeczywistości, czy może ulegli sugestii skierowanych na siebie ataków. Prezydent Kwaśniewski prosił o “miłosierdzie”, a więc wygląda na to, że uwierzył, iż popełnił zbrodnię, bo o miłosierdzie nie prosi ktoś, kto zrobił tylko niewinny żart.
Wszyscy mamy w oczach sceny z papieskich pielgrzymek, wśród nich wysiadanie z helikoptera. Minister Siwiec uległ teatralności schodzenia na ziemię, dopełnił niejako scenę gestem “błogosławieństwa”. Jest zupełnie oczywiste, że ucałowanie ziemi nie było ani w intencji, ani w obiektywnej wymowie parodiowaniem, lecz odruchem mimetycznym. Czym to było w porównaniu z żartami księdza Tischnera, niekiedy rzeczywiście za daleko posuniętymi i niewątpliwie podpadającymi pod krytykę Norwidowską. Tischner twierdził, że “poczucie humoru jest najważniejszym atrybutem Pana Boga”.
Gdy trzeba rozjątrzyć jakiś głupi spór, zawsze można liczyć na udział Jana Nowaka-Jeziorańskiego. Nie omieszkał on i tym razem dodać trochę swojego jadu do ataków na “postkomunistycznego” kandydata na prezydenta. Jak się nabywa zdolności właściwego, ścisłego rozpoznawania wymowy cudzych zachowań? Chyba dzięki doznaniu przez siebie niesprawiedliwych interpretacji. Zbigniew Brzeziński (jakże nie zapytać go i w tej sprawie o zdanie) uznał zachowanie prezydenta za “niegodne”. Nie przypomniał sobie w tym momencie, jak fałszywie w Ameryce były nieraz interpretowane jego wypowiedzi i zachowania. Niewinnie poklepał po ramieniu doktorantkę i został oskarżony przed sądem o sexual harassment, czy o coś podobnego. Dziwne, że nie stał się uważniejszy w ocenianiu innych.
Oceniajmy słowa i zachowania po ich realnych skutkach. Gesty uczynione trzy lata temu w Kaliszu nie spowodowały żadnych realnych skutków, a więc nie mają żadnego znaczenia. Jakiegoś szkodliwego sensu mogą się w nich dopatrywać jedynie głowy pełne mętnych pojęć albo zwyczajni cynicy, którym się wydaje, że złapali okazję zaszkodzenia politycznemu rywalowi. Krzaklewski wyjmuje ze sfery realnej fakcik bez znaczenia, wciąga go za uszy do sfery symbolicznej, gdzie panuje mrok semantyczny i nie ma żadnego kryterium prawdy i fałszu. Robiąc przy tym niesamowity krzyk i rwetes, zwołuje wszystkich przeciwników Kwaśniewskiego z rozległego terenu od Białegostoku do Waszyngtonu D.C.
Społeczeństwo chce mieć na czele państwa polityka, który spełnia wymagania zdrowego rozsądku i kieruje się w miarę możliwości względami na społeczną użyteczność. Aleksander Kwaśniewski taki jest. Tymczasem, żeby pojąć Krzaklewskiego z jego paleoantykomunizmem, z jego pretensjami do roli wyzwoliciela Polski, z jego szablą i husarią, i całą tą symboliczną rupieciarnią, trzeba wykonywać jakieś wyobraźniowe fikołki, na które ludzie poważni nie mają wcale ochoty. Skąd tym ludziom przychodzi do głowy pomysł, aby oceniać zachowania prezydenta według tego, jak one się mają do medialnych obrazków papieża?
Nie ulega wątpliwości, że Aleksander Kwaśniewski w polityce symbolicznej, zwłaszcza tam, gdzie w grę wchodzą patetyczne gestykulacje, jest skazany na popełnianie gaf. Toteż powinien od takiej pustoty trzymać się z daleka i starać się zaproponować Polsce bardziej nowoczesny i racjonalny styl polityczny. Panująca obecnie mieszanina cynizmu, neosarmackiej religijności i obskuranckiego moralizmu jest już nie do zniesienia. W tej atmosferze można wygłaszać dowolne oskarżenia i nawet najbardziej absurdalne nie dadzą się obalić. Ale ten medal ma też drugą stronę: nawet najprawdziwsze nie mogą być brane poważnie. Tego jest na wierzchu, kto ma większą siłę krzyku. Na szczęście, są jeszcze wyborcy.

Wydanie: 40/2000

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy