Dzieciństwo było wtedy, kiedy wszyscy jeszcze żyli. Oprócz tych, którzy nie żyli od zawsze – dziadków nie zdążyłem poznać. Ten od strony ojca owiany był aurą legendarnego dobra. „To był święty człowiek…”, powiadano, a półgębkiem, na stronie dodawano: „…że tyle lat wytrzymał z twoją babcią”. Zabrał go rak wątroby, zanim dożył wieku emerytalnego. Ten po kądzieli wypadł z okna kilka miesięcy przed moim narodzeniem, w dzieciństwie słyszałem, że podczas mycia szyb, w młodości ktoś mi doniósł, że zasnął po pijaku z papierosem w ręku i podczas ucieczki przed pożarem pomylił okno z drzwiami.
W domu nie palił nikt; wujaszek złota rączka, co to wyrabiał cuda najrozmaitsze z kawałka blachy, jak już sobie wyrobił popielniczkę, to z czasem nauczył się popalać, żeby mieć co strzepywać. Ale na naszym piętrze, w mieszkaniu rodziców, palili tylko goście. Długo myślałem, że mam supermoc wyczuwania gości nawet dawno po ich wyjściu – matka wietrzyła co prawda mieszkanie po odwiedzinach, ale i tak czuło się jakieś zaburzenie w powietrzu, jakiś nieznany zapach, a ja, durne niewiniątko, nie miałem skąd wiedzieć, że to od dymu.
Siostra mamy pracowała w kiosku w Rudzie Śląskiej, a konkretnie na Wiyrku, blisko kopalni, uwielbiałem u niej przesiadywać i podawać towary – pieniędzy nie pozwalała mi tknąć. Zakochałem się w zapachu farby drukarskiej, lubiłem siedzieć w tej ciasnej przestrzeni otoczony mnogością gazet – kiosk był taką bezpieczną kapsułą w miejskiej dżungli, można było przez szyby obserwować ludzi, który nie mieli bezpośredniego dostępu do wewnątrz, musieli się schylać nad ladę i przez prostokątny otwór powiedzieć, co chcą kupić. Nie chodziło więc o sam








