Telewizję publiczną racz nam zwrócić Panie…

Telewizję publiczną racz nam zwrócić Panie…

Przez dwa tygodnie, nie mając możliwości oglądania polskiej telewizji, oglądałem CNN. Od naszych TVN 24 czy TVP Info CNN różni się znacznie. Pomijam już to, że ma korespondentów na całym świecie, a w każdym razie wszędzie tam, gdzie coś naprawdę ważnego się dzieje. Jesteśmy biedniejsi, więc i nasze telewizje są biedniejsze, to jasne. Ale różnice nie sprowadzają się jedynie do liczby korespondentów, a tym samym do zawartości serwisów informacyjnych. Przede wszystkim różnica polega na sposobie relacjonowania zdarzeń, a już szczególnie na sposobie ich komentowania.

O ile w TVN 24 zdarzenia komentują na ogół politycy, dobierani zazwyczaj antagonistycznymi parami, a udział dziennikarza sprowadza się do umiejętnego napuszczenia jednego na drugiego, co, nawiasem mówiąc, na ogół jest zbędne, bo jeszcze przed przyjściem do studia są oni dostatecznie na siebie „napuszczeni”, to w CNN komentują na ogół eksperci. Ale najpierw jest obszerna informacja, rzetelny, fachowo zrobiony reportaż, komentarz dziennikarza, później rozmowa z fachowcami.
O sytuacji finansowej USA, sporze Republikanów z Demokratami informowano obszernie, komentowano obficie, ale do dyskusji nie zapraszano polityków, tylko ekspertów od ekonomii.
O rozruchach w Londynie rozmawiano z przedstawicielami policji, z socjologami, psychologami, przedstawicielami organizacji pozarządowych zajmujących się problemami ludzi młodych. Policjantów przepytywano (fachowo!) na temat, że tak powiem, „technicznej strony” rozruchów i „technicznej strony” akcji policyjnych. O przyczynach młodzieżowej rebelii rozmawiano ze wspomnianymi ekspertami. Pokazano obszerne fragmenty wystąpienia premiera i innych członków rządu, ale komentowali to eksperci, nie politycy.
Podobnie było ze sprawą klęski głodu w Somalii i pomocy udzielanej tamtejszej ludności przez świat zachodni. A także, gdy rzecz dotyczyła Iraku, Afganistanu czy Libii.

U nas swoje działania i ich skutki komentują i oceniają sami politycy. Co więcej, na ogół ci sami politycy! Niekoniecznie ci najmądrzejsi, ale za to najbardziej rozrywkowi. Rozrywkowi w kilku kategoriach: ze słowotokiem, agresywni, fanatycy, zabawni idioci. Bardzo rzadko dziennikarze sięgają po innych, a jeśli to robią, mam wrażenie, że czasem przez pomyłkę. Cała umiejętność dziennikarskiego rzemiosła ogranicza się do umiejętnego zestawienia par lub grup rozmówców. Tak, by było zabawniej albo ostrzej, w zależności od potrzeb. Te zaś wyznaczają przede wszystkim oglądalność, a czasem polityczne sympatie dziennikarza i jego stacji. Ci sami dziennikarze i ci sami politycy (jak dobrze policzyć, jest to zamknięta grupa 30-40 osób) są ekspertami od gospodarki (światowej i gminnej), od wojska, od nauki, edukacji, ruchów społecznych, kultury, wymiaru sprawiedliwości i służb specjalnych. Ostatnio przybyło wśród nich – zarówno wśród dziennikarzy, jak i polityków – ekspertów od katastrof lotniczych.
Włodzimierz Cimoszewicz wyjaśnił kiedyś ten fenomen lapidarnym stwierdzeniem, że idiota jest bardziej medialny od nudnego eksperta. Dbałość o medialność jest, jak widać, w naszych telewizjach najwyższym prawem.
Tylko że z misją informacyjną, na którą tak lubią powoływać się dziennikarze, naprawdę nie ma to nic wspólnego.

Rozmowa z ekspertem jest trudna. Trzeba najpierw samemu coś wiedzieć. Trzeba się przygotować do rozmowy. Trzeba wiedzieć, kogo zaprosić i o co go zapytać. Trzeba umieć zadać nie tylko pierwsze pytanie, ale, co gorsza, trzeba zrozumieć, co ekspert odpowiedział, i umieć zadać sensowne kolejne pytania. I okazuje się, że w przeciwieństwie do zdecydowanej większości naszych dziennikarzy dziennikarze CNN to potrafią!
Telewizja informacyjna, jeśli nie ma obiektywnych możliwości (legionu wyspecjalizowanych w różnych dziedzinach dziennikarzy, korespondentów na całym świecie), przestaje o rzeczywistości informować (bo i o czym tu mówić na okrągło całą dobę?), zaczyna ją kreować i deformować. Kreuje (częściej chyba deformuje) na miarę możliwości swoich dziennikarzy, często bardziej celebrytów niż rzetelnych „rycerzy prawdy i informacji”, za których chcieliby uchodzić.
Jeśli z tej sytuacji jest jakieś wyjście, to chyba tylko jedno. Potrzebna jest pilnie telewizja naprawdę publiczna, niezależna od partii politycznych, rządu ani od gustów odbiorców, mająca zapewnione ustawowo finansowanie, zatrudniająca najlepszych dziennikarzy i wyznaczająca standardy dobrego dziennikarstwa.

W tej kadencji Sejmu takiej telewizji nie dało się stworzyć. Czy uda się w następnej? Mało prawdopodobne. Potrzebny jest raczej cud.

Wydanie: 34/2011

Kategorie: Felietony, Jan Widacki
Tagi: Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy