Szkolny prześladowca

Szkolny prześladowca

Za sprawą doświadczeń szkolnych mam alergię na imię Przemysław, nic na to nie poradzę, jak kto chce we mnie obudzić demony paniczne i obrazy womitywne, wystarczy, że wypowie przy mnie „Szkoła, Przemysław”, nie musi dodawać nazwiska. Marna to pociecha, że ostatnio ten odruch stał się powszechny jak Polska długa i szeroka. Czarnek nie jest wart felietonu, ale zebrało mi się na wspominki.

Przemas, bo tak się kazał nazywać mój oprawca z podstawówki, był średnio wyrośniętym chłopcem z lekką nadwagą i ciężkimi skłonnościami przywódczymi. Lubili go wszyscy, czyli nikt, bo też nikt nie miał dość sił, żeby mu się sprzeciwić. Był wyszczekany, miał dość majętnych rodziców udzielających się w komitecie rodzicielskim, łatwo stał się pupilem dorosłych, dziewczętom imponował łatwością zdobywania sobie posłuchu u chłopaków, chłopacy zazdrościli mu poważania u dziewcząt. Zdarzyło się jednak, że jedna z zakwitających panien wyrwała się przed szereg i wyprzedziła młodzieńczą urodą pozostałe klasowiczki o kilka długości, serca chłopięce jak jeden wąż rozjechany przez ciężarówkę padły pod naporem tłumionych uczuć, każdy z nas umierał z miłości 45 razy na godzinę lekcyjną, byliśmy wstrząśnięci tym, że kobiecość może się tak nagle wdzierać nam między żebra, rozsładzać podbrzusza, że może tak się przed nami manifestować zdradliwie. Nie było dotąd dziewczęcia, które by nam działało na zmysły tak intensywnie, ciężko nam było na duszach i w jądrach nielekko, bo ona stała się z nagła istnieniem panseksualnym. Wszystko, co robiła, czyniła zmysłowo; była jak niema syrena, która nawet śpiewać nie musi, nawet ust rozchylać, i wie o tym tak dobrze, że się z lubością oddaje niechceniu i zaniedbaniu, wie, że nawet jeśli wyjdzie w miasto skołtuniona, w koszulce założonej szwami na wierzch, w dziurawych butach i dwa numery za dużym dresie, wszystkie kobiety zamężne będą ją miały za śmiertelnego wroga, bo u mężczyzn żonatych będzie wywoływała natychmiastową amnezję, wystarczą dwa jej kroki w czółenkach na płaskim obcasie, a nawet w rozdeptanych sandałach, by zapomnieli, że kiedykolwiek brali ślub, u mężczyzn zaś wolnych wywoływać będzie obsesyjną chęć opieki podszytej chucią. Wszyscyśmy się zakochali, ale Przemas najbardziej i zarazem najnieszczęśliwiej, napotkał bowiem pierwszą w życiu odmowę, niewysłowioną, lecz stanowczą. Nasza piękność zdradziecko oddała się w ręce wyrośniętego repetenta z klasy najwyższej, podwórkowego bandziora, który wagarował tak często, że kiedy wreszcie zaczął regularnie pojawiać się w szkole, wydawało nam się, że to jakiś nowy uczeń, a może i asystent nauczyciela. Od kiedy zauważył, że w jednej z młodszych klas objawił się brylant urody, stał się pilnym uczniem, nie opuścił ani jednego dnia, na każdej przerwie ku naszej rozpaczy zabierał swoją dziewczynę w zaułki i załomy korytarzy, by w ukryciu przed woźnym i dyżurnymi belframi edukować ją w dziedzinie głębokich pocałunków, biustownych macaży, a nawet przelotnego pettingu. To czyniło naszą oblubienicę rumianą, spoconą i permanentnie rozkojarzoną.

Przemas, który nie potrafił objąć rozumem porażki, dał za wygraną dopiero wtedy, kiedy dostał w ryj od wyrostka, bo dziewczę poskarżyło się na niechciane umizgi. Z trudno skrywaną satysfakcją przyjęliśmy jego limo pod okiem; od tej pory był regularnie poniewierany, by tak rzec, wzrokowo – wystarczyło, że poczuł na sobie spojrzenie wyrostka i już ze strachu rzedła mu mina, trząsł się i chrząkał tak dojmująco, że tracił w oczach rezon u nas wszystkich, jego autorytet chwiał się w posadach. Musiał coś wymyślić dla równowagi, upatrzył więc sobie mnie. Im bardziej czuł się zagrożony i upokorzony ze strony silniejszego i starszego od siebie, tym łacniej kopał mnie w dupę, niby żartem częstował mnie mukami (bolesny cios w luźny, bo niespodziewający się uderzenia mięsień ramienia lub uda), blaszkami (uderzenie otwartą dłonią w czoło), karczychami (to samo w kark) i kokosami (kością środkowego palca w czubek głowy). Niestety, sam znajdowałem się na końcu łańcucha pokarmowego, mógłbym się co najwyżej mścić na rybkach akwariowych, tylko one zdawały się wystarczająco bezbronne, żebym nie lękał się z ich strony niebezpiecznego odwetu. We mnie znalazł idealny worek treningowy, formował mnie czy też rzeźbił: waląc, nie naruszał żadnej struktury, odłupywał po prostu ze mnie wszystkie wystające kawałki, by tak rzec: mężnie walczył z asymetrią. Przemas, od kiedy z ofiary stał się pośrednikiem, przekazicielem bólu, odzyskał werwę i przekonującą przywódczość. I tak to trwało, za jego sprawą nie tyle ukończyłem szkołę podstawową, ile ją przetrwałem.

Inna to bajka, a jakże podobna; współczuję teraz wszystkim dzieciakom i ich rodzicom, Czarnek to widzę, ale nic tak nie hartuje jak szkoła przetrwania… szkoły.

w.kuczok@tygodnikprzeglad.pl

Wydanie: 31/2021

Kategorie: Felietony, Wojciech Kuczok

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy