Łachudra, byle nasza

Łachudra, byle nasza

Ilekroć pomyślę, że znowu jakiś polityk sięgnął dna, wkrótce słyszę pukanie od spodu i widzę kolejnego dziwoląga, którego winduje się ponad miarę przyzwoitości. Bo i rozum nie ten, i zero kompetencji zawodowych. A jak się taki odezwie, to każdym niezbornym zdaniem dowodzi, jak głęboka jest zapaść wielu szkół średnich. Ale im to oczywiście w niczym nie przeszkadza. Bo jak mówi Adam Andruszkiewicz, „posiadam wyższe wykształcenie”. Partia ma więc gotowy slogan na wybory: „Od Misiewicza do Andruszkiewicza, czyli z PiS do rządu”. I wersję prorodzinną „Dla nas rodzina jest najważniejsza”. Bo jak opowiada Kornel Morawiecki, ojciec premiera, to on polecił synowi, by wziął Andruszkiewicza do rządu. Wystarczyły trzy lata pełnej władzy, by sprawującym ją ludziom tak odbiło, że nie widzą niczego zdrożnego w rozdawaniu stanowisk państwowych, samorządowych i w spółkach skarbu państwa – zjawisku tak masowym, że w wielu miejscach objęło wszystkich pracowników, od prezesów po recepcjonistki. Reguł nie ma tu żadnych, poza tą jedną, jedyną: wszyscy mają być nasi. Zatrudniani po uważaniu. Mamy więc nieprawdopodobną liczbę stanowisk poobsadzanych wedle formuły: może być łachudra, byle nasza.

Taka polityka kadrowa prowadzi do nieuchronnej katastrofy. Świat jest bowiem zbyt skomplikowany, by nadążały za nim niedouczone prymitywy. A i aspiracje większości Polaków nie pozwolą na zbyt długie panoszenie się takich ludzi.

Ale do tego wszystkiego pewnie by nie doszło, gdyby nie grunt przygotowany przez poprzednią koalicję. I nie pomoże tu powtarzanie, że następcy PO i PSL są o wiele bardziej pazerni i mniej kompetentni. To oczywiście prawda. Mimo to wciąż wielu Polaków wierzy, że właśnie PiS jest dla nich szansą. I trudno im się dziwić. Bo gdzie mają ulokować swoje nadzieje? W PO?

Bez zmiany tej patowej sytuacji, że albo PiS, albo PO, nie ma co liczyć na głęboką odmianę jakościową polskiej polityki. Na taką zmianę, której oczekuje coraz więcej Polaków. Zmontowanie bloku wszystkich przeciwko PiS ma tylko doraźny sens. Na wybory. A co później? Po miesiącu ta składanka od Sasa do Lasa będzie tak skłócona, że opozycyjny walec pisowski ją rozjedzie. I będziemy mieli przyśpieszone wybory. Po których PiS może mieć większość konstytucyjną. Tego chcemy? Jeśli nie, nie liczmy, że opozycja, która zmarnowała trzy lata, doprowadzi do takiej zmiany. Nie jest to w jej interesie.

Celem opozycji jest przejęcie władzy. Z tym samym programem i tymi samymi ludźmi, których już raz odsunięto. A kto na to czeka?

Wydanie: 2/2019

Kategorie: Felietony, Jerzy Domański

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy