Między nami grzesznikami

TELEDELIRKA

Wydawałoby się, że rynek prasowy jest już nasączony drukowanym papierem, jak octem nasączona była gąbka podana przez oprawców wiszącemu na krzyżu Chrystusowi; oczywiście, bez genitaliów albo też z wyż. wym. zakrytymi gustowną draperią, jak na dawnych obrazach, a nie jak u skazanej na przymusową pracę artystki Nieznalskiej. Krzyż pański z tą prasą!
Okazuje się, że wciąż jest za mało wieści ze świecznika, krwawej jatki, seksu i plotek. Naród pożąda czegoś brutalniejszego, pragnie fotek żywego mięsa ofiar, chce prócz seriali w TV czytać więcej intymności ple, ple, ple z życia gwiazd. „Angora” jest zbyt ciekawa i trudna, „Super Ekspress” też ma poziom za wysoki, spora część ludu nie dorasta, trzeba więc dać ciemnemu ludowi odpowiednią paszę. A nikt nie zaśmieci głów prostakom lepiej niż inteligenci.
W Ameryce, naszym nowym wzorcu kulturowym, mają tabloidy inne niż „Komsomolska Prawda”. Oni mają, to i my będziemy mieli, tak jak mamy McDonalds’a. Na Krupówkach, po których chodzę, wracając z gór, jest Góral Burger, twórcza transformacja, jak również kontaminacja i absorbcja bigosu z mieloną krową.
Pamiętacie, Czytelnicy? Pisałam Wam kiedyś o pewnym naczelnym redaktorze, który wołał: Spłycać! Spłycać!,?, a gdy jedna z dziennikarek powiedziała, że już się nie da, rzekł wówczas do niej: Jesteś inteligentna, postarasz się, to spłycisz. To były prorocze słowa. Tak jest. Inteligent zbadał rynek i wyszło mu, że na głupocie narodu można zarobić lepiej niż na misji. Z jednej strony, wali się w telewizję publiczną jak w kuper Kaczora Donalda przed upieczeniem, że nie pełni ona roli misyjnej, jakby telewizja była siostrą szarytką, a z drugiej starannie przygotowuje się wydawanie kolejnych McDonaldów, trzykrotnie zmielonych, by czytelnik nie musiał sam gryźć.
Jest pytanie (tak na rysunku Mleczki zwracał się Czerwony Kapturek do babci, pytanie miał „rozpisane” na kartce), a więc jest pytanie natury etycznej: czy media prywatne mogą mieć poziom zagrzybionych piwnic, czy nie obowiązują ich normy, tylko dlatego, że mają szmal i płacą za spłycanie? Czy bogate media prywatne nie mogą stworzyć dobrej gazety kulturalnej dla inteligentów? Dodatki kulturalne do gazet codziennych to za mało.
Odpowiedź brzmi: nie mogą, bo muszą zgarniać wciąż większą kasę, a ponieważ jest luka, zapełni ją tabloid. Materiały z życia wyższych sfer same się pchają. Choćby rodzinna, arystokratyczna awantura tocząca prezesa Naczelnej Izby Lekarskiej, Konstantego Radziwiłła. Tenże mędrzec wypowiedział się przeciwko dzieciom z próbówki, twierdząc, że lekarz wybiera kilka zarodków z zapłodnionych komórek jajowych, a reszta idzie na marne. Czy nie wie, czy też udaje Greka, że odrzucone zarodki zamraża się? O tym informuje go w liście na łamach „Gazety W” kuzynka Agnieszka Potocka, która ogłasza – i chwała kobiecie za odwagę – że ma żywe i ciepłe dziecko z zamrożonego zarodka. Niebawem kuzynostwo spotka się na wakacjach, wówczas „odbędzie się dyskusja w rodzinie”. Chętnie wierzę, że w rodzinie, po cichu, Radziwiłł rozgrzeszy kuzynkę, dojdzie z nią do porozumienia, co nie przeszkodzi mu publicznie być przeciw, bo karierowiczowi wydaje się, że musi zwracać szczególną uwagę na stanowisko biskupów w tej sprawie, a wiemy, że biskupi katoliccy, niektórzy oczywiście, mają dzieci jak Bóg przykazał, za pomocą czegoś co może i ma kształt próbówki, lecz w istocie nią wcale nie jest. Sama słyszałam, jak parafianka z pewnej wsi, chwaliła biskupa, że porządny jest i na całą czwórkę potomstwa chętnie łoży. Chodzą słuchy, że podobno jednak zapis o zapłodnieniu in vitro ma zostać złagodzony.
Co zaś tyczy się zdania lekarskiego prezesa, że doktor nie powinien zastępować Boga, jest ono w całej rozciągłości niesłuszne. Bóg, proszę Szanownych Czytelników, stwarzając świat, rozdzielił światło i ciemność na dzień i noc. I to było dobre – tak mówi Pismo, tak miało zostać. Człowiek siedząc przy świetle, już łamie boskie prawo. Może dlatego Ameryka pogrążyła się w ciemnościach, że Pan dał wyraz swego niezadowolenia, zmęczyły go halogeny, „zajebiste” reflektory, pulsujące dyskoteki.
Również doktor właśnie zastępuje Boga. Leczenie jest bowiem z zasady zmianą wyroków boskich, bo to przecie Bóg tak chciał, tak mówi lud, gdy nie uda się utrzymać przy życiu nowo narodzonego dziecięcia, gdy kogoś szlag nagły trafi, to także jest efekt boskiej woli. Także samo, kiedy narodzi się coś, co miało pozostać w czarnej dziurze kosmosu, czyli dziewiąty w rodzinie ciamkacz, stroskani rodzice mówią, że to dopust boży. A jednak, gdy tylko to możliwe, przeciwstawiamy się tej boskiej woli, by jeszcze pożyć. Udajemy się do porządnego chirurga i oddajemy się w jego dłonie. Wiem, co mówię, sama korzystałam z dobrodziejstwa cięcia, żeby jeszcze trochę, wbrew boskiej chęci, pomęczyć się na tym padole łez. Nawet sam Ojciec Święty przechodził operacje, a teraz bierze wiele różnych leków, by być z nami grzesznikami, mimo że akurat on poszedłby prosto do nieba.
Lekarze pomagają niekiedy inaczej, jak ordynator szpitala w Łodzi, Janusz F., który wraz ze swą konkubiną przez pięć lat kupował od Marii T., piekielnej bizneswoman, środki chemiczne służące do produkcji nawozów. Nie dość, że sprzedawała je dziesięć razy drożej, to jeszcze aplikowano je pacjentom do czyszczenia krwi podczas dializy. Cała ta banda trojga uważała pewnie, że pomaga Bogu, skracając cierpienia chorym. Może takimi przypadkami – a jest ich wiele, zbyt wiele – zająłby się szef Izby Lekarskiej, miast filozofować?

 

 

Wydanie: 35/2003

Kategorie: Felietony

Komentarze

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy