Habemus papam!

Habemus papam!

Wprawdzie papież nie ma dywizji, ale ma wpływ na losy świata i politykę globalną. Od tego zatem, kto jest papieżem, zależą nie tylko losy Kościoła katolickiego.
Krótki, zakończony abdykacją pontyfikat Benedykta XVI był pełen gestów i ustępstw wobec konserwatystów kościelnych, a nawet wobec lefebrystów. O ile pontyfikat Jana Pawła II, zwłaszcza jego pierwsza połowa, dokonał zmiany stylu papiestwa, a papież pielgrzym odwiedzający dziesiątki krajów był czymś niezwykłym w dziejach tej instytucji, o tyle okres sprawowania funkcji przez Benedykta XVI był kontynuacją raczej drugiej części pontyfikatu Karola Wojtyły. Pontyfikatu starego, słabnącego i schorowanego papieża, wyręczanego, zdaje się, przez kurialistów i równocześnie tracącego nad nimi kontrolę.
Przypomnijmy sobie gest Jana Pawła II, jego szeroko rozwarte ramiona, jakby chcące ogarnąć i przytulić świat i ludzi. Próbował go naśladować Benedykt XVI, ale dłonie jego rozwartych ramion nie zwracały się do wewnątrz, nie przygarniały do siebie, przeciwnie, robiły wrażenie, że odpychają, że wyciągane są w geście nie miłości, ale przerażenia, że ich właściciel broni się przed światem. Nie obronił się. Nie wytrzymał.
Sam fakt, że Benedykt XVI podjął niezwykłą decyzję o abdykacji, pokazał światu, a przede wszystkim katolikom, że papiestwo ma wymiar ziemski, że następstwo Świętego Piotra jest jak każdy ziemski urząd, można się go zrzec.
Afery z wyciekiem tajnych dokumentów Watykanu, ujawniających przy okazji walki frakcji i koterii w Kurii Rzymskiej, już wcześniej wyraźnie pokazały świecki wymiar instytucji Stolicy Apostolskiej, przyznajmy, że nie najpiękniejszy. Doszły do tego afery pedofilskie w Kościele, jak również afery finansowe w watykańskim banku. To już wymiar całkiem niepiękny.
Przy okazji świat się dowiedział, że tropiąc przecieki, instalowano w Watykanie podsłuchy, a przy okazji konklawe, nie bardzo dowierzając, że kardynałowie i inne teoretycznie godne zaufania osoby dochowają tajemnicy, zabezpieczono Kaplicę Sykstyńską aparaturą blokującą telefony komórkowe. Policyjne metody miały przyjść w sukurs Duchowi Świętemu.
Niejeden zastanawiał się, czy jest jakaś granica, po przekroczeniu której „święty Kościół grzesznych ludzi” – jak to pięknie i mądrze określił kiedyś ks. prof. Jan Kracik – przestanie być święty i stanie się już tylko instytucją grzesznych ludzi, taką samą jak inne, a nawet gorszą, bo usprawiedliwiającą swoją grzeszność świętością.
Tymczasem biały dym z komina Kaplicy Sykstyńskiej ogłosił światu: Habemus papam! – Mamy papieża! Po kilkudziesięciu zaś minutach świat dowiedział się: nowym papieżem został arcybiskup Buenos Aires, jezuita, kard. Jorge Mario Bergoglio, który przybrał imię Franciszek. Nie wiemy, jaki to będzie pontyfikat, ale na pewno będzie on inny niż Benedykta XVI i – co tu dużo mówić – niż Jana Pawła II. Nie wiem, czy będzie lepszy, ale inny na pewno.
Wierni w Polsce przywykli do tego, że ich biskupi mieszkają w pałacach, a proboszczowie na ogół na plebaniach niewiele mniejszych od kościołów, że jeżdżą drogimi limuzynami, a o ich podniebienia troszczy się cały legion siostrzyczek. Tymczasem dowiadują się, że papież Franciszek jako kardynał i arcybiskup Buenos Aires mieszkał w zwykłym mieszkaniu, korzystał z miejskiej komunikacji i sam sobie gotował.
Przybrane imię Franciszek też wiele mówi. Czy chodzi o wzór „biedaczyny z Asyżu”, patrona ubogich i ekologów, który swego czasu sprzeciwił się hierarchii i odnowił Kościół, i który przy okazji umiał rozmawiać z muzułmanami?
Nie wiem, czy takie intencje przyświecały kardynałowi, gdy wybierał sobie imię Franciszek. Dotąd, jak widać, w Rzymie niepopularne, wszak to pierwszy papież, który takie imię przybrał. Ale nawet jeśli było tak, jak być może nieco życzeniowo odgaduję, to czy uda mu się zmienić styl Kościoła, odnowić go, skierować ku posłudze najbiedniejszym, najsłabszym? Przywrócić do ewangelicznych korzeni, a równocześnie nauczyć funkcjonowania w nowoczesnym świecie? Przełamać opór części kurialistów w Rzymie i hierarchów rozsianych po świecie?
Jeśli nowy papież chce zmian w Kościele, zapewne zwoła nowy sobór, Sobór Watykański III. A przynajmniej rozpocznie do niego przygotowania.
Zobaczymy też, jak na nowego papieża zareaguje Kościół w Polsce. Na razie skazani jesteśmy na słuchanie grzecznościowych frazesów, na okolicznościowe bicie dzwonów. Kościół w Polsce też jest zaskoczony i nie bardzo wie, co poza ogólnikami mówić. Zobaczymy też czyny. Jednego jestem pewien – nieformalna, ale rzeczywista głowa polskiego Kościoła ojciec dyrektor na pewno nie zmieni stylu życia, nie przesiądzie się z drogich samochodów do autobusu czy tramwaju, nie zamieszka w bloku. A co będzie gadał przez swoje tuby, Radio Maryja i Telewizję Trwam?
A co powiedzą adresaci niedawnego listu o. Wiśniewskiego, rozpolitykowani biskupi, którym Ewangelia stale myli się z „Myślami nowoczesnego Polaka”?
Nie wiem, czy Franciszkowi uda się odnowić Kościół . Nawet nie jestem pewien, czy w ogóle ma on taki zamiar. Tym bardziej nie wiem, czy ewentualne „nowinki” z Wiecznego Miasta, mimo tylu współczesnych środków komunikacji, dotrą do Kościoła nad Wisłą i jak tu zostaną przyjęte. Być może inaczej przez hierarchię, inaczej przez wiernych. A z wiernymi liczyć się trzeba. Bo jak mawiał ks. Tischner, w Kościele demokracja jest: co niedziela odbywa się głosowanie… na tacę.
Mam jednak nadzieję, że Kościół pod rządami papieża Franciszka się zmieni, że co najmniej zbliży, jeżeli nie wróci do ewangelicznych, lewicowych w końcu korzeni, co z pewną dozą nieśmiałości na łamach lewicowego tygodnika komunikuję.

Wydanie: 12/2013

Kategorie: Felietony, Jan Widacki
Tagi: Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy