Moralny kolektywizm

Moralny kolektywizm

Reżyser filmowy Ryszard Bugajski powiedział „Gazecie Wyborczej”: „Lubimy wszystko zwalać na komunistów, którzy zatarli pamięć o Nilu (generale Fieldorfie), co jest oczywiście prawdą, ale w ten sposób zdejmujemy z siebie odpowiedzialność. A przecież to my, Polacy, zamordowaliśmy Fieldorfa. Pod dyktando Sowietów, na fali konkretnej ideologii, ale decyzję o odmowie łaski, czyli wyrok śmierci, podpisał Bierut. (…) Nie obudziliśmy się z dnia na dzień w wolnym kraju. Niektórzy, jak Fieldorf, musieli za to zapłacić najwyższą cenę”. Te słowa są przeciwieństwem oczywistości, jawnym jej zanegowaniem i zlekceważeniem. Jest zupełnym fałszem twierdzenie, że „to my, Polacy, zamordowaliśmy Fieldorfa”. Nie trzeba aż wszystkich Polaków, żeby zamordować jednego człowieka. Czasem trudno wykryć sprawców, ale w tym przypadku wszyscy ci, co Fieldorfa aresztowali, przesłuchiwali, torturowali, a w końcu skazali na śmierć i powiesili, są znani z imienia i nazwiska. Żyjemy co prawda w wolnym kraju, ale nie można się zgodzić na taką wolność Ryszarda Bugajskiego, że może on dowolnie zmieniać znaczenie słów. Nie mówię, że rozciągając odpowiedzialność za zamordowanie Nila na całą populację Polaków, on się myli albo kłamie, albo błądzi. On wcale tak nie myśli, jak mówi. Wie, że to nieprawda. Dlaczego więc to mówi? Czy jako artysta, ot, tak sobie, korzysta z wolności zniekształcania sensów, tak jak Picasso zniekształca wyglądy malowanych przedmiotów? Może przez tak jaskrawe odejście od rzeczywistości chciał osiągnąć jakiś skutek praktyczny? Może wchodziły w grę te, a może inne zamysły, ale najciekawsze wydaje mi się to, że przy pobieżnej lekturze twierdzenie, że „my, Polacy” jesteśmy odpowiedzialni za zamordowanie Fieldorfa, wcale nie razi. Ma ono oparcie nie tylko w potocznym idiomie, ale, co gorsza, w głębokiej strukturze polskiego myślenia. Charakteryzuje się ono zatracaniem jaźni indywidualnej w jaźni kolektywnej, podmiotu indywidualnego w podmiotowości społecznej i co za tym idzie, pomniejszaniem realnej odpowiedzialności jednostki na korzyść, jeśli można tak powiedzieć, fikcyjnej odpowiedzialności zbiorowej.
Słów takich jak wina i odpowiedzialność nie należy przekręcać, bo one zapowiadają karę, niesławę, sąd i wyrok. Odpowiedzialność w sensie ścisłym przypisana może być tylko jednostkom, o pojęciu odpowiedzialności zbiorowej nie powiedziałbym, jak Miłosz w „Rodzinnej Europie”, że to zbrodnia, lecz uważam je za bałamuctwo popełniane z pustoty lub w celu wyrządzenia szkody.
Od pewnego czasu obserwuję w Polsce nasilanie się tyranii zaimka osobowego liczby mnogiej – „my”. „My kupiliśmy myśliwce F-16”. Kupiliśmy? Nie mam nic wspólnego z tym zakupem, gdyby mnie pytano o zdanie, byłbym przeciw. „My wysłaliśmy wojsko do Iraku”. Kto wysłał? Osoby, z którymi na ten temat rozmawiałem, bez wyjątku uważały tę wyprawę wojenną za błąd. „Dla medialnej awantury i paru punktów w wyborach ujawniliśmy najbardziej strzeżone tajemnice”. Dlaczego wszyscy mają się dopisywać do niepoczytalnych postępków Macierewicza, Kaczyńskich i im podobnych mężów stanu? Tytuł w gazecie alarmuje: „Zabiorą nam Możejki”. A mam ja jakiś udział w Możejkach? Jeżeli nie mam, to im zabiorą, a nie nam. „Bóg stworzył nas kobietą i mężczyzną”. Czy mam z tego wyrozumieć, że tylko na pozór jestem samym mężczyzną, a w istocie, jak my wszyscy z łaski Stwórcy kobietomężczyzną? W kolektywizowaniu umysłów najdalej posuwają się osoby duchowne: „Stać nas na to, byśmy przełknęli ťStrachŤ (chodzi o książkę). Stać nas na to, by powiedzieć: byliśmy różni”. Kiedyś zdarzyło się, że byliśmy różni, ale teraz, gdy trzeba przełknąć książkę, to już musimy tego dokonać wspólnie. Ja odmawiam udziału w przełykaniu „Strachu”, czy to oznacza, że przełknięcie przez innych będzie nieważne jak zawetowany Sejm w dawnej Polsce? „Co my myślimy o ťStrachuŤ” – pyta inny. Wielki strach zawsze powodował, że jednostki, które się rozłaziły mentalnie i fizycznie na wszystkie strony, z powrotem skupiały się w zwartą hordę, w jedno „my”, ale książka pod strasznym tytułem takiego efektu jednak nie sprawi.
Filozof, którego szanuję, o papieżu Janie Pawle II napisał, że on „nas samych lepszymi uczynił”, a jego słowa bardzo „nas poruszały”. Nie przeczę, że niektórych może poruszały, ale żeby „nas” lepszymi uczynił, temu zaprzeczam, bo ani u siebie, ani u innych takiej zmiany nie widzę, więc filozof miał prawo tylko tyle napisać, że jego samego lepszym uczynił. W co ja bym zresztą powątpiewał, bo wiem, że ów filozof już przed papieżem był dobry i żadnego ulepszenia nie potrzebował, ci zaś, co potrzebowali, nadal potrzebują, i to bardziej niż przedtem, bo uczestnicząc w masowych nabożeństwach papieskich, nabrali przekonania, że już przez to samo bardzo się udoskonalili, co napełniło ich wielką zarozumiałością bez pokrycia.
Przy takiej powszechnej praktyce wysławiania się zdanie Ryszarda Bugajskiego, że „to my, Polacy, zamordowaliśmy Fieldorfa”, brzmi poprawnie, wiarygodnie. Poszedł tylko o kilka kroków dalej w moralnym kolektywizmie. Przyjmując ten sposób myślenia, nie można też reżyserowi niczego zarzucić, gdy twierdzi, że to morderstwo wyszło „nam” na dobre, bo dzięki niemu żyjemy w wolnym kraju. Kolektywizm moralny fałszuje obraz rzeczywistości, powoduje, że dyskurs publiczny w Polsce jest w dużym stopniu nonsensem.

Wydanie: 18/2009

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy