Bilety

Istnieje stara anegdota o tym, jak pewien dygnitarz, w dodatku wyposażony w pieniądze (a więc z pewnością nie mógł to być polski dygnitarz) wizytuje miasteczko, w którym są szkoła i więzienie. Szkoła w stanie rozpaczliwym, więzienie całkiem przyzwoite. Mimo to dygnitarz, wyjeżdżając, przyznaje dotację więzieniu, a nie szkole. – Do szkoły to ja już na pewno nie będę chodził – tłumaczy swoją decyzję zaskoczonej ludności.
Myślę, że pozorna dalekowzroczność owego dygnitarza nie była jednak najwyższej próby. Siedzenia w więzieniu czasami udaje się uniknąć, natomiast nie da się uniknąć tego, że o tym, kim byliśmy, co zdziałaliśmy i co po nas zostało, decydować będzie młodzież. A więc dbać o nią trzeba wcale nie dlatego, że jest taka kochana, bo nie jest, ale we własnym, egoistycznym interesie.
Przekonuje nas o tym doświadczenie. Jestem pewny, że szanse ustroju socjalistycznego w Polsce skończyły się wcale nie wówczas, kiedy system ten zadławił się swoją niewydolnością ekonomiczną, ani nawet nie wtedy, kiedy zaistniały realne warunki, aby go obalić (o czym dużo mówiło się ostatnio w związku z 20. rocznicą stanu wojennego), ale w roku 1968, kiedy młodzież akademicka większości szkół wyższych w Polsce została spałowana przez milicję i ORMO w trakcie tzw. wydarzeń marcowych. Dzisiaj studenci, którzy wówczas szarpali się z tymi eksponentami władzy ludowej choćby tylko dla draki, nie zaś z głębokich przyczyn ideowych, mają po pięćdziesiąt parę lat i oni są historykami, publicystami oraz nauczycielami następnych pokoleń. Trudno też od nich wymagać, aby mówili z sympatią o ustroju, który ich spałował. To oni wystawiają mu opinię, według własnych miar i doświadczeń, nawet gdy nie zawsze są one zgodne z tzw. obiektywną prawdą.
Dlatego też z pewnym niesmakiem przyglądam się obecnym sporom studentów z ministrem Belką i rządem w sprawie ulg na bilety kolejowe i autobusowe, które minister ma zamiar cofnąć i zmniejszyć z dotychczasowych 50% do 37%. Studenci twierdzą, że zmniejszenie ulgi pozbawi część z nich możliwości studiowania, ponieważ wielu dojeżdża codziennie na swoje uczelnie i nie będzie już w stanie podołać nowemu wydatkowi, minister zaś twierdzi, że uzyska w ten sposób 250 mln zł na zatkanie dziury, a „Polityka” (15.12.br.) dodaje, że ulgowe i darmowe bilety kosztują nas w sumie 1,6 mld zł rocznie. W dodatku sprawa zniżek w ogóle jest – zdaniem autora z „Polityki” – terenem skomplikowanych gier i wzajemnych oszustw pomiędzy przewoźnikami a finansami państwa.
Myślę, że wszystkie strony tego sporu trochę przesadzają, a od biletów do pałowania jeszcze kawał drogi. Ale nie jest dobrze, jeśli pierwszą grupą zawodową, która wyszła na – łagodne zresztą i niekiedy dowcipne – demonstracje uliczne przeciwko nowemu rządowi są akurat studenci. Bo może im to wejść w nałóg. Bo mogą sobie także w sklerotycznym już wieku przypominać, że to, czego nie zabrał im wcześniej rząd prawicy (chociaż to on bez wątpienia stworzył sytuację, w której trzeba w ogóle coś komuś zabierać), odebrał im rząd lewicowy.
Nie przypuszczam, żeby był w Polsce choć jeden człowiek przy zdrowych zmysłach, który chciałby się zamienić z ministrem Belką i wyciskać z ludności pieniądze na łatanie budżetu. Jest to praca przykra i niewdzięczna niczym praca komornika rekwirującego mienie bankrutów. Wiadomo też, że w kogokolwiek trafi się dodatkowym obciążeniem lub pozbawieniem jakiejś ulgi czy świadczenia, zawsze mieści się w tym element krzywdy, którą poszkodowany bez trudu potrafi udowodnić. Trudno w tej niewdzięcznej robocie poszukiwać jakiejś sprawiedliwości. Nie ma więc sensu argument, że studenci na przykład są jedyną grupą, której nie zmniejszono jeszcze ulg komunikacyjnych.
Tym jednak, czego można i należy wymagać od działalności fiskalnej i finansowej, jest perspektywa polityczna i rozwojowa. A z tym właśnie nie jest najlepiej.
Przed tygodniem wspomniałem, że obciążanie VAT-em programów komputerowych nie jest najrozsądniejsze, jeśli chce się równocześnie robić rewolucję komputerową. Teraz czytam w „Gazecie Wyborczej” (13.12.br.) o dziwacznych manewrach podejmowanych przez Komitet Badań Naukowych wokół kategoryzacji instytutów naukowo-badawczych, w wyniku której, jak wychodzi z artykułu, kilka z nich, w dodatku najlepszych, ma stracić pomoc finansową, ponieważ mamy ponoć za dużo instytutów należących do pierwszej, najlepszej kategorii. A jeśli rzeczywiście są one dobre lub znakomite? Znowu warto przypomnieć starą prawdę, że jeżeli Polska ma cokolwiek, co dawałoby nam jakieś szanse w konfrontacji ze światem, są to zapewne zdobycze naszej nauki i twórczości artystycznej, które nie wiedzieć czemu nie wyparowały jeszcze z tego zakątka między Odrą a Bugiem.
Dowiaduję się też, że w obgryzionym niczym kość przez stado głodnych wilków budżecie Ministerstwa Kultury zabrakło pieniędzy na dofinansowanie pism mniejszości narodowych. Są to przeważnie niewielkie pisemka – jak niewielkie są nasze mniejszości narodowe. Ale ich obecność jest zwłaszcza w tym momencie sprawą ogromnej wagi. Świat współczesny, w tym główne kraje Europy Zachodniej, stanął właśnie teraz, po 11 września, przed rysującym się coraz jaskrawiej problemem współżycia różnych kultur i narodowości zamieszkujących wspólny teren państwa. Na szczęście dla nas sprawa ta w Polsce nie wygląda tak drastycznie jak na przykład we Francji, w Niemczech czy w Wielkiej Brytanii. Ale nie znaczy to, abyśmy mogli ją lekceważyć, mając w pamięci niewygasłą przecież opinię o Polsce jako kraju ksenofobicznym i nacjonalistycznym, co nie poprawia naszego wyglądu w obliczu aspiracji unijnych.
Wybieram te przykłady na chybił trafił, można by dodać do tego inne. Wszyscy wiemy, że żyjemy w dziurze, przypomina się nam o tym na każdym kroku. Ale dziura nie zwalnia od myślenia i od polityki dającej jakieś wyobrażenie o tym, jak powinna wyglądać Polska, kiedy z tej dziury już się wygrzebiemy.
Czego nam wszystkim życzę.

Wydanie: 52/2001

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy