Kto nas zechce reprezentować?

Kto nas zechce reprezentować?

Wedle psychiatrii paranoja to taka choroba, w której chory ma usystematyzowane urojenia, które wprawdzie nie są oparte na żadnych racjonalnych przesłankach, za to są niewzruszone. Chorzy są podejrzliwi, nieufni, wszędzie węszą spiski, wszystkie wydarzenia ich zdaniem nie tylko w jakiś sposób powiązane są z ich urojeniami, ale wręcz potwierdzają ich prawdziwość. Każdy, kto próbuje wytłumaczyć choremu, że jego urojenia są bezpodstawne, zostaje natychmiast zaliczony do jakiegoś spisku, a sama próba tłumaczenia jest wystarczającym dowodem na to, że spisek istnieje. Można więc zasadnie sądzić, że największym osiągnięciem IV RP było uczynienie z paranoi, która dotąd była tylko chorobą, doktryny państwowej. Uznano, że Polskę oplata bluszcz „układu”, wszędzie są agenci obcych i komunistycznych służb. Polska jest stolikiem, przy którym siedzą agenci, skorumpowani przedstawiciele władzy, gangsterzy i biznesmeni. Oni tworzą ten upiorny, mafijny układ, obezwładniający i niszczący Polskę. Co więcej, chcący Polskę sprzedać Rosjanom, w czym pewną niejasną rolę mieli odegrać szpieg Ałganow i klient mojej kancelarii adwokackiej Jan Kulczyk, a także Aleksander Kwaśniewski, o którego „kontach numerycznych” w szwajcarskich bankach gotowych było przypomnieć sobie kilka osób siedzących już dość długo w aresztach wydobywczych i chcących wyjść wreszcie na wolność. W tej sytuacji pierwszoplanowym zadaniem państwa i wspierających je prawdziwych patriotów była walka z układem i wszelkimi rodzajami agentury. Nawet własnej, o czym świadczy likwidacja WSI i upublicznienie w specjalnym raporcie wszystkich tajemnic tej służby. Gdy ktoś próbował choćby tłumaczyć, że nie ma takiego układu, od razu był do niego zaliczany. Prokurator krajowy Kaczmarek, zaufany prezydenta Kaczyńskiego, w układ uwierzył, a może tylko udawał, że uwierzył, cóż z tego. Układu mimo starań podległych mu prokuratorów nie wykrył, został więc do układu zaliczony, co więcej, uznano, że był on przez „układ” podsunięty Prawu i Sprawiedliwości jako swoista, bardzo groźna V kolumna. Wiem, o czym piszę, bo sam zostałem zaliczony do układu, mało tego, przez samego Jarosława Kaczyńskiego nazwany zostałem „kwintesencją układu”. Konsekwencje prawnokarne tego zakwalifikowania boleśnie odczułem na własnej skórze. Dziś Jarosław Kaczyński, szykujący się do wyborów prezydenckich, jest łagodny jak baranek. Z zasady nie występuje publicznie. A gdy zdarzy mu się wystąpić, to mówi tylko o pojednaniu, o wspólnej Polsce, o wybaczeniu. Podobnie jego najgorliwsi pretorianie, np. poseł Girzyński w telewizji mówi głosem słodkim i uduchowionym, jak wikary świeżo po prymicjach, gdy jeszcze pamięta wyuczone w seminarium lekcje homiletyki. Unika sporów, gotów jest do współpracy z każdym i w każdej sprawie, byle tylko „dla Polski”… Na czele sztabu wyborczego Jarosława Kaczyńskiego stoi nie cyniczny awanturnik Kurski, ale przymilna Kluzik-Rostkowska. Platforma, która przez ostatnie lata nie musiała mieć programu, nie musiała robić żadnej kampanii ani w ogóle wysilać się w czymkolwiek, bo szalejące PiS samo napędzało jej pod skrzydła przestraszonych i pragnących minimum świętego spokoju Polaków, teraz okazała się bezradna. Elektorat był jej do niedawna napędzany jak zwierzyna przez nagonkę robioną przez PiS. Nagle zabrakło nagonki. Okazało się wtedy, że zwierzyna sama nie przyjdzie, trzeba jej jakoś poszukać i zwabić ją. A na to Platforma nie była zupełnie przygotowana. Teraz dopiero czyni jakieś gorączkowe, nie zawsze do końca przemyślane wysiłki. Do starcia z PiS zresztą też nie jest gotowa. Główny macher sztabu wyborczego Bronisława Komorowskiego, Sławomir Nowak, który dotąd był wielki wielkością Platformy i z tej racji mógł sobie nawet pozwolić na pewną arogancję, teraz został sam z tą arogancją i bez żadnych argumentów. Opowiadanie w kółko: „Nie wierzcie Jarosławowi Kaczyńskiemu, że się zmienił, bo my mu nie wierzymy” nie jest zbyt wyszukaną ani co gorsza skuteczną formą przekonywania elektoratu. Tymczasem prawicowe media (nie tylko gazety, ale niestety także telewizja publiczna) robią za polityków tę pracę z elektoratem, którą przed „przemianą” oni wykonywali. Szczują, sączą jad nienawiści, podkopują zaufanie do rządu i jego organów, a tym samym do Platformy i jej kandydata. Wciąż szukają dziury w całym przy okazji śledztwa w sprawie smoleńskiej tragedii. A to rząd wspólnie z Rosjanami coś ukrywa, a to niedostatecznie czule potraktowano w Moskwie kogoś z rodziny ofiary katastrofy, a to spalono jakieś zapleśniałe łachy zebrane na miejscu katastrofy i dla śledztwa zbędne. Wszystko to podtrzymuje ponury mistycyzm mocno zaprawiony histerią i zwyczajną głupotą, nieumiejętnością wyrwania się z objęć mitów i stereotypów, a do tego połączony z pewną odmianą stadionowego

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc do archiwum Przeglądu lub Dostęp na 12 miesięcy do archiwum Przeglądu
Porównaj dostępne pakiety
Wydanie: 2010, 21/2010

Kategorie: Felietony, Jan Widacki
Tagi: Jan Widacki