Triumf Iketaona

Triumf Iketaona

Iketaon – to jeden z bohaterów „Odprawy posłów greckich” Jana Kochanowskiego. Tragedia ta, w której XVI-wieczna Polska ma kostium starożytnej Troi, nabrała dziś kolejnego znaczenia: mówi, co może nas czekać ze strony Prawa i Sprawiedliwości.

Już pierwsza w dramacie rozmowa Aleksandra (Parysa) i Antenora – to jakby wymiana zdań między Mateuszem Morawieckim a Borysem Budką. Antenor-Budka (AB) opowiada się za szanowaniem słusznych racji Greków (Europejczyków), przybywających na brzegi azjatyckie z żądaniem, „aby Helena była im wydana”. Jednak Aleksander-Morawiecki (AM) przedkłada nad praworządność interes własny, a od Europy oczekuje tylko zalegalizowania dokonanego gwałtu. Przy tym, apelując do AB o solidarność narodową, oskarża go, że „obcemu więcej życzy niźli swemu”, czyli że jest on – jak to elegancko ujął Morawiecki dzisiejszy – „opozycją zewnętrzną”. Obrażony AB natychmiast zrywa rozmowę. Ale w godzinie próby to on będzie wzywał do obrony ojczyzny – AM gdzieś się wtedy zapodzieje.

Przedtem obaj, AB i AM, wykładają swe racje trojańskiej radzie królewskiej. To jakby polski Sejm, choć obraz marszałków wzywających do wysłuchania obu stron świadczy o niedostatku wyobraźni Kochanowskiego: nie przewidział Elżbiety Witek. Co jednak przyjdzie z bezstronności marszałków, skoro zaraz pojawia się Iketaon:

 

Owa, jako nam kolwiek Grekowie zagrają,

Tak my już skakać musim? Bać się ich nam każą,

A ja, owszem, się lękam. Teraz nam Helenę

Wydać każą, po chwili naszych się żon będą

I dzieci upominać.

 

No właśnie. Teraz Europa upomina się o praworządność, a jutro upomni się o nasze żony, o dzieci, o rodzinę! Czyż można na to pozwolić? Jesteśmy dumnym narodem!

Nie rozszyfrowujmy tożsamości dzisiejszego Iketaona – zresztą niejedno ma on imię. Tamten tak samo peroruje i tak samo ujawnia swe kompleksy: „Dawnyć to grecki tytuł pany się mianować, / A nas, barbaros, sługi”.

Trojanie, przekonani tą argumentacją, a urażeni w dumie narodowej, opowiadają się za Iketaonem. I to jest punkt zwrotny tragedii – odtąd wydarzenia będą się toczyć ku katastrofie. Na nic bowiem przydały się przestrogi Chóru, by opamiętali się ci, „którzy pospolitą rzeczą władają”. Na nic przydaje się przeczucie zagłady, wyrażone przez Ulissesa (Odyseusza), jednego z posłów greckich:

 

O nierządne królestwo i zginienia bliskie,

Gdzie ani prawa ważą, ani sprawiedliwość

Ma miejsce.

 

Nie mają nawet znaczenia proroctwa siostry AM, Kasandry: „Matko, ty dziatek / Swoich płakać nie będziesz, ale wyć będziesz!”. AM, jak zwykle, niczego nie rozumie, ale czytelnik wie, że wszystko zmierza do zniszczenia państwa.

Kochanowski, pierwszy wielki poeta polski, był równocześnie wielkim wychowawcą narodu. Nie miał złudzeń. „Nową przypowieść Polak sobie kupi / Że i przed szkodą, i po szkodzie głupi!” – szydził w „Pieśni o spustoszeniu Podola”. Nie był w swych obawach jedyny. Kilkanaście lat wcześniej pisał Stanisław Orzechowski: „Byś serce moje rozkroił, nie znalazłbyś w nim nic innego, jedno to słowo: Zginiemy!”. Pisarze staropolscy miewali chwile jasnowidzenia. Jak widać, miał je też Kochanowski.

Ale co ma do tego PiS? Przecież nie odprawiło posłów greckich. Nie postawiło weta. Nie wyszło z Unii Europejskiej. Skończyło się happy endem: Europa swymi pieniędzmi będzie żywić dyktaturę. A choć wobec tej dyktatury zostanie rozciągnięty „kordon sanitarny”, to pozostając w Unii, PiS nadal będzie czynnikiem rozkładu. „Kompromis jest korzystny dla Orbána i Kaczyńskiego”, wyrokuje węgierski opozycjonista, Miklós Haraszti.

Triumf Iketaona! A jednak jakże żałosny. Dla Europy staliśmy się tymi właśnie azjatyckimi barbaroi, którymi Iketaon być tak bardzo nie chciał. Wokół rozsialiśmy fetor swego egoizmu, więc w rezultacie zostaliśmy znów sami – wspierani tylko przez Mocarstwo Węgierskie. „Państwa samotne są skazane na pożarcie”, powiada Andrzej Friszke. „Dyktatura to wojna”, ostrzega Jacek Żakowski. Gdy Jean Giraudoux wystawił w Paryżu swój najsłynniejszy dramat, widzowie usłyszeli ze sceny słowa żony Hektora, Andromachy: „Wojny trojańskiej nie będzie, Kasandro”. Był listopad 1935 r.

Wesołych Świąt.

a.romanowski@tygodnikprzeglad.pl

Wydanie: 52/2020

Kategorie: Andrzej Romanowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy