Czarne chmury nad zdrowym rozsądkiem

Czarne chmury nad zdrowym rozsądkiem

Hitem lipcowego sezonu w polskich mediach okazały się dopalacze. Media i politycy ryczeli na dwa głosy, jakby nadszedł Armagedon. Oglądając medialne (dez)informacje na ten temat, zastanawiałem się, czy ich autorzy w większym stopniu są pod wpływem alkoholu, czy może jednak dopalaczy. Marihuana nie może bowiem siać takiego spustoszenia w mózgach.

Jeśli państwo z niezrozumiałych względów zakazuje sprzedaży alkoholu, ludzie zaczynają pić bimber i inne własne wyroby. I żadna prohibicja tego nie powstrzyma. Ten sam mechanizm działa w przypadku innych używek. Jeśli państwo bezmyślnie karze za posiadanie jakiejkolwiek ilości marihuany, haszyszu i innych naturalnych używek, rynek wprowadza do obiegu syntetyczne narkotyki. Są one tańsze w produkcji i szkodliwsze. Jeśli jednak i tych używek państwo chce zakazać, wszystko zaczyna schodzić do podziemia i nikt nie ma już nad tym procesem żadnej kontroli. Ani prawnej, ani finansowej, ani medycznej. A państwo zamiast czerpać zyski z oficjalnie dystrybuowanych używek, wydaje wielkie pieniądze na bezskuteczną i pozbawioną sensu walkę z widmem. Zazwyczaj karze drobnych dilerów, a nie producentów. Dobrze by było, aby zamiast sztucznie wywoływać emocje, zastanowić się, jak realnie i racjonalnie rozwiązać kwestię dostępu do używek.

Inną sprawą jest oczywiście kwestia, dlaczego ludzie młodsi i starsi w ogóle korzystają z używek. Czy ich piękna kapitalistyczna i katolicka ojczyzna tak im obrzydła? I stracili poczucie sensu życia w polskiej rzeczywistości? O tym też warto byłoby pomyśleć, zanim zacznie się organizować medialną histerię i robić popisowe akcyjki pod publiczność, która niewiele z tego rozumie (poza tym, że świat jest zły, niebezpieczny i nie można nikomu ufać, bo na rogu ulicy czają się dilerzy, zboczeńcy i inne bestie).

Jeszcze nigdy prohibicja i policyjna krucjata nie powstrzymały ludzi od ucieczki w stany odmienne, jeśli rzeczywistość za oknem jest trudna do akceptacji. Takie medialno-polityczne kampanie mogą jedynie wyprodukować młodocianych przestępców i poprawić policyjno-prokuratorskie statystyki. Bo do tego sprowadzają się represje, zakazy i fałsz moralizatorów, którzy podobno troszczą się o zdrowie społeczeństwa. I nic więcej nie wynika z tej maskarady, którą fundują politycy i medialni klakierzy.

Kiedy obserwuję polskich obrońców porządku z ograniczonymi prokuratorami i ich policyjnymi pomocnikami na czele, przypominają mi się słowa amerykańskiego pisarza i dziennikarza Dwighta Macdonalda, który stwierdził: „Dziś musimy bardziej się obawiać tych, co stoją na straży przestrzegania prawa, niż tych, co łamią prawo”.

Równie mało racjonalnie dzieje się na scenie międzynarodowej. Rację mają Joseph Stiglitz i Paul Krugman, amerykańscy nobliści w ekonomii, kiedy mówią, że brak zgody ze strony szefów UE na redukcję greckich długów zabija europejską solidarność i podkopuje sens projektu europejskiego. Można jeszcze dodać, że oddanie losów Europy w ręce księgowych i rachmistrzów będących na usługach banków i wielkiego biznesu jest generalnie zaprzeczeniem kultury europejskiej, o której można powiedzieć wszystko, „prócz tego, że jest milcząca i że zapiera się samej siebie”. I nie akceptuje „tego, co jest”, jako odpowiedzi na pytanie o to, „co być powinno” – jak poetycko opisał to Zygmunt Bauman.

Projekt europejski tylko wtedy ma sens, gdy wychodzi poza wąskie ograniczenia status quo, kiedy przekracza logikę państw narodowych i dostrzega więcej niż cyferki długów. Tym bardziej że długi te stworzyły obydwie strony – zachodnie banki, które udzielały Grecji kredytów, choć wiedziały, że część z nich to śmieciowe pożyczki, oraz greckie elity, które je wydawały zazwyczaj nie na społeczne potrzeby. Dobrze było, kiedy niemieckie czy francuskie banki dawały pożyczki na zakup przez Grecję niemieckiego czy francuskiego złomu wojskowego. Gorzej, kiedy społeczeństwo greckie domaga się w imię wartości europejskich podstawowych praw obywatelskich (praw socjalnych, prawa do godności czy prawa decydowania o swojej przyszłości).

Kiedy niemiecki filozof Jürgen Habermas pisał, że integracja europejska musi mieć charakter mniej systemowy (na poziomie rządów czy elit biznesowych), a bardziej społeczny i obywatelski, było to podkreśleniem, że prawdziwa wspólnota europejska opiera się na wartościach i budowana jest nie tylko w salach konferencyjnych, ale również na ulicy, na uczelniach, w ruchach społecznych. Dziś trzeba głośno pytać, o jaką Europę nam chodzi? Europę banków i wielkich korporacji, chronioną jak twierdza przez straż graniczną i tajne policje, czy Europę solidarną, równościową, różnorodną i otwartą na nowe idee i nowych mieszkańców?

Rezygnacja z Europy społecznej i zamykanie się w bankowej twierdzy otoczonej drutem kolczastym to tylko woda na młyn nacjonalistów i populistycznej prawicy, która również w Polsce zaczyna pomrukiwać, że wspólna Europa to tylko szkodliwa ideologia.

Wydanie: 30/2015

Kategorie: Felietony, Piotr Żuk
Tagi: Piotr Żuk

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy