Woda na młyn „Faktu”

Czytanie gazet czasami szkodzi. Zwłaszcza politykom. W zeszły czwartek podczas obrad plenarnych Sejmu RP odczytano sprostowania, które posłanki i posłowie słali do różnych redakcji i redaktorzy odpowiedzialni za sprostowania olali je. Łamiąc tym samym prawo prasowe. Nowy zwyczaj odczytywania niedrukowanych sprostowań wywołał wściekłość u części posłów. Bo oto najwyższy organ władzy ustawodawczej przyznaje się, że nie jest w stanie wyegzekwować obowiązującego w naszym kraju prawa. Bo przecież obowiązujący nadal art. 32 rozdziału 5 prawa prasowego wyraźnie mówi:
Sprostowanie lub odpowiedź należy opublikować w:
1) dzienniku – w 7 siedmiu dni od otrzymania sprostowania lub odpowiedzi,
2) czasopiśmie – w najbliższym lub jednym z dwóch następujących po nim przygotowanych numerów,
3) innym niż dziennik przekazie za pomocą dźwięku oraz dźwięku i obrazu – w najbliższym analogicznym przekazie, nie później jednak niż w ciągu 14 dni od daty otrzymania sprostowania lub odpowiedzi.
Oczywiście, redaktor naczelny może odmówić sprostowania, jeśli nie spełnia ono jego wymogów, albo jest niezgodne z normami współżycia społecznego. Wtedy pozostaje droga sądowa. I każdy poszkodowany przez media może na nią wstąpić.
Zwykle bywa to droga przez mękę. Zwłaszcza kiedy ma się do czynienia z dużym, bogatym wydawnictwem korzystającym z usług wyspecjalizowanych kancelarii prawnych. Droga sądowna jest kosztowna i wymaga cierpliwości. Korzystny dla poszkodowanego wyrok zapada zwykle po latach, kiedy już nikt nie chce słyszeć o prawdzie. Kiedy pomówiony wystarczająco już oberwał.
Nic zatem dziwnego, że poszkodowani przez media politycy postanowili się bronić. Rękami posłów Samoobrony wysmażono nowelizację prawa prasowego, nakazującą sądom rychłe rozpatrywanie spraw o pomówienia mediów i kłamstwa medialne. W trybie dwutygodniowym, wzorowanym na specjalnym dwudniowym trybie obowiązującym podczas kampanii wyborczych. Koledzy posłowie nie kryją satysfakcji. Oto znalazł się bat na niesforne, kłamliwe media. Od teraz nie będziemy żyli pod terrorem bulwarówek piszących o nieprawdziwych pijaństwach w Sejmie, o przekrętach. O politykach tresowanych przez bulwarówki znakomicie napisała w „Polityce” Janina Paradowska. Nienawiść do pism niektórych jest tak wielka, że pojawiła się nawet propozycja zakazu wstępu dla dziennikarzy „Faktu”.
Powyższy projekt nowelizacji i zakazu dowodzi, jak silnie posłowie i politycy myślą magicznie. Wydaje im się, że sam zakaz uderzy w dziennikarzy. A przecież uczynili tym jedynie „Faktowi” znakomitą, darmową reklamę. Każdy teraz sięgnie po „Fakt”, by się przekonać, cóż tam jest takiego, czego się obawia poseł Woda z PSL. I jego parlamentarni koledzy. Również ustawowe określenie dwutygodniowego terminu sądowego rozpatrzenia spraw o pomówienia niczego nie załatwi. Sądy pracują rozwlekle, bo są niedoinwestowanie. Źle zorganizowane. Mało jest sędziów, prokuratorów wyspecjalizowanych w sprawach medialnych. Jeśli Sejm chce naprawdę zwiększyć egzekucję prawa, to niech zwiększy środki budżetowe na sądownictwo, zamiast produkować gromkie, papierowe prawo.
W Polsce politycy rozpoczynają dzień od studiowania gazet. Boją się, jak zostali tam opisani. Ten strach wynika też z braku poczucia własnej wartości. Z braku pewności, że mają stabilny, szanujący ich elektorat.

Wydanie: 38/2004

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy