Ocet

Ocet

Bez uprzedzeń

Gdy świat znajdował się pod wrażeniem pierwszych radzieckich pięciolatek, wielki ekonomista Ludwig von Mises twierdził, że gospodarka socjalistyczna jest niemożliwa. Okazało się, że miał rację. Trwała tak długo, jak długo podtrzymywał ją system masowego terroru i jeszcze trochę, dopóki utrzymywał się strach pozostały po terrorze. Swoją tezę von Mises oparł na argumencie, że w gospodarce centralnie kierowanej nie wiadomo, co ile kosztuje, wobec czego nie jest możliwe przeprowadzenie rachunku ekonomicznego. Tego systemu nie można poprawić za pomocą demokratyzacji, przeciwnie, nacisk społeczny doprowadzi do jeszcze większego zafałszowania cen.
Upadek systemu socjalistycznego rozpoczął się w Polsce (przy cichej zgodzie Związku Radzieckiego, jak powtarzał Stefan Kisielewski), bo też w żadnym innym kraju bloku radzieckiego ceny nie były tak absurdalne jak w Polsce. Chleb był tańszy niż zboże, hodowca mógł taniej kupić mleko w sklepie, niż sprzedawał państwu, samochód używany był droższy niż nowy kupiony na przydział – ograniczę się do tych oklepanych przykładów. Fikcyjność cen powodowała, że towary wprost od producenta migiem przechodziły do konsumenta i w końcu były już prawie niewidziane w sklepach. Gazety tak zwane prawicowe, postsolidarnościowe w swoim antypeerelowskim otępieniu powtarzają, że w PRL był tylko ocet. Niech się dzieci uczą, że jak trzeba, to ludzie potrafią odziewać się i żywić samym octem i jeszcze mieć od tego nadwagę. Ale nie głupota tych twierdzeń mnie zastanawia. Chciałbym wiedzieć, dlaczego obóz „posierpniowy” nie zalicza tych pustych półek i tej całej ekonomicznej klęski do swoich zasług. Może nie chciałbym wiedzieć, bo wiem, ale chciałbym to usłyszeć.
Rządowe próby urealnienia cen w PRL spotykały się ze sprzeciwem społeczeństwa, co jest naturalne, a także z jawnymi buntami „klasy robotniczej”, które były i są heroizowane. Uczestnicy tych buntów pretendują do przywilejów kombatanckich, więc chyba są dumni z tego, że dzięki ich strajkom kolejki robiły się coraz dłuższe, półki sklepowe pustoszały, a cały system socjalistyczny tracił legitymizm i ulegał rozkładowi. W sprawie octu dawna opozycja powinna więc ogłosić: popatrzcie, przypomnijcie sobie, czegośmy dokonali! Policje jawne, tajne i dwupłciowe, bitne generały i w ogóle całe totalitarne zniewolenie, a tymczasem my bezkrwawo, pokojowo doprowadziliśmy gospodarkę socjalistyczną do absurdu, ogołociliśmy sklepy z towarów i tylko dla hecy zostawiliśmy trochę octu. Jeżeli jednak twierdzi się, że postawienie mas ludzkich w kolejkach, że spadek produkcji i ogólne pogorszenie jakości życia było dla społeczeństwa nieszczęściem, to według jakiej logiki dochodzi się do apologii strajków i zamieszek wywołanych po to, aby sprzeciwić się urealnianiu cen?
Uczciwe postawienie sprawy jest takie oto: nie było żadnego innego sposobu dotarcia do mózgów rządzącego aparatu partyjnego, jak tylko poprzez strajki robotnicze. Tym ludziom, zasklepionym w swoich marksistowskich wyobrażeniach nie można było niczego wytłumaczyć, o niczym ich przekonać. Przemówić do ich interesów? Mieli bardzo małe interesy, dopiero teraz mówią, że na demokracji zrobili dobry interes. Nastraszyć ich? Nie bali się, bo mieli Moskwę za sobą. (W czasie zamieszek w Radomiu Gorbaczow był jeszcze zajęty żniwami w kraju stawropolskim). Jedyną możliwością było uderzanie w gospodarkę, a dokładniej mówiąc, w jej miękkie podbrzusze, czyli system cenowy. Tak się szczęśliwie złożyło, że ten system nie był obłożony ideologiczną interpretacją, natomiast młot społeczny, taran, który w ten system walił, to znaczy klasa robotnicza, miała ideologicznie sobie przypisaną zbiorową charyzmę i z jej wolą trzeba było się liczyć. Krótko mówiąc, postanowiliśmy walczyć z realnym socjalizmem, niszcząc gospodarkę. Zresztą nie my skierowaliśmy system gospodarczy na fałszywą drogę, on na niej był, a my tylko popychaliśmy go w stronę przepaści. Poza gospodarką żadnego socjalizmu nie było i nikt nawet sobie czegoś takiego nie roił. Cel uświęca środki, czy kapitalizm, jaki mamy, i liberalna demokracja nie są warte tych kolejek, tych pustych półek i tego octu? Z takim poglądem można by dyskutować, ale byłoby to logiczne i uczciwe postawienie sprawy. Tymczasem obóz posierpniowy wstydzi się środków, jakie zastosował, aby osiągnąć słuszny cel. I nie bez powodu się wstydzi.
W tej samej gazecie i na tej samej stronie krytykowany jest minister spraw wewnętrznych za to, że nie nakazuje policji siłą usunąć rolników blokujących drogę, i potępiany jest rząd PRL za to, że użył siły przeciw zamieszkom w Radomiu ćwierć wieku temu. Jeżeli państwo robi procesy policjantom za użycie siły ćwierć wieku temu, to nie można się spodziewać, że z nieporównanie mniejszego powodu policja użyje siły obecnie. Może użyje, ale dla policjanta, który protestowicza uderzy pałką i zrobi mu sińca na plecach, będzie to skutkowało niepokojem przez dwadzieścia lat, bo nie wie on, czy nie zostanie z tego powodu oskarżony kiedyś przed sądem. W Szczecinie robotnicy pobili dyrektora, zdarli z niego ubranie i koszulę. Policja nie interweniowała. Dlaczego miałaby interweniować, skoro w Polsce stawia się przed sądami policjantów, którzy interweniowali przeciw podpaleniom budynków publicznych i rabowaniu sklepów podczas słusznego protestu robotniczego w Radomiu i gdzie indziej. Dopóki są wszczynane procesy przeciw policjantom dawnego ustroju, dopóki wykroczenia, występki, niedokładności proceduralne z czasów PRL są kwalifikowane jako zbrodnie (komunistyczne oczywiście), policjanci w dobrze pojętym interesie własnym nie powinni stosować siły przeciw protestowiczom. Jeżeli zagrożeni bezrobociem robotnicy będą bić dyrektorów, niech sobie rząd poprosi o pomoc księży. Kropidło zamiast pałki i gazu łzawiącego. Z mitologii „posierpniowej”, która jest dzisiejszą nadrzeczywistością, wynika oczywisty wniosek: z idei porządku społecznego utrzymywanego siłą trzeba zrezygnować.

 

Wydanie: 32/2002

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy