Polska hegemonia psychologiczna

Polska hegemonia psychologiczna

Zdarzyło mi się parę razy odezwać w dyskusji w Instytucie Goethego na temat Niemiec. Prominentni goście z Berlina byli z moich poglądów bardzo niezadowoleni, a zgadzali się ze mną tylko Niemcy z obsługi technicznej. Nigdy nie wypowiadałem się w „Przeglądzie” w duchu antyniemieckim, przeciwnie, wzywałem np. do przekazania Niemcom bardzo dla nich cennych zabytków piśmiennych, bez istotnych powodów przetrzymywanych w Krakowie. Mimo to otrzymałem od czytelników listy (co prawda tylko dwa) z ostrymi wymówkami, że jestem jakoby antyniemiecko uprzedzony. Widocznie istnieje jakiś wzór pozytywnego wypowiadania się o Niemcach, którego ja oraz wspomniana obsługa techniczna nie chwytamy.
Polskie władze oraz prasa bardzo zapamiętale głoszą, że jest absolutnie niedopuszczalne, aby działaczka społeczna, przewodnicząca Związku Wypędzonych, Erika Steinbach, weszła w skład rady zarządzającej czy patronującej muzeum poświęconemu wypędzeniom. Ponieważ Polska solidarnościowa żyje polityką historyczną bardziej niż jakąkolwiek inną i już dwadzieścia lat posuwa się do przodu, patrząc wstecz, takie muzeum może przyprawiać rząd o bezsenność. Wiem o tym, mimo to nie rozumiem, dlaczego Erika Steinbach miałaby pogorszyć sprawę samą swoją obecnością w radzie, co nie daje jej przecież władzy nad tą radą ani nad tym muzeum. Popadłem w ton zdroworozsądkowy, co nie jest rozsądne, bo sprawa należy do ciemnej pseudopolitycznej mistyki i spowita jest w opary polskiego absurdu. Rząd polski ustami swoich ministrów zapowiada, że jeśli kanclerz Angela Merkel dopuści panią Erikę do rady „widomego znaku”, to będzie oznaczało zaprzepaszczenie całego procesu pojednania i sprowadzi na Niemcy wielkie nieszczęście w postaci bardzo ciężkiego pogorszenia stosunków z panami Tuskiem, Sikorskim, aż dwoma Kaczyńskimi oraz z całym zbrojnym zastępem dziennikarzy, zwłaszcza tych z koncernu Axel Springer. Nie martwiłbym się, że „ciemny naród” też to kupi, bo jednak mimo wszystko nie kupi.
Jeżeli polska strona rzeczywiście tak myśli, jak mówi, to znaczy, że żadnego pojednania w ogóle nie było. Czy między pojednanymi jest możliwy konflikt z tak nieistotnego powodu?
Do czego on się w końcu sprowadza? W Polsce z Eriki Steinbach, umiarkowanej przywódczyni nostalgicznej organizacji, uczyniono polityczne monstrum, wcielenie niemieckiego rewanżyzmu, widmo Drang nach Osten i uosobienie wszystkich antyniemieckich fantazmatów, którym polityka historyczna daje pozory życia. W „Gazecie Wyborczej” czytało się czasem kpiny z Władysława Gomułki, który straszył Polaków Hupką i Czają. Ale Gomułce można było zarzucić tylko przesadę, bo co do istoty sprawy miał dużo racji. Co się zmieniło? W trzecio-czwartej Rzeczypospolitej w jednej Erice Steinbach pomieszczono dziesięciu Hupków i Czajów i żadna gazeta z tego się nie wyśmiewa.
Do wywierania presji na Niemców rząd polski używa Władysława Bartoszewskiego, minister Radek Sikorski oświadczył, że „więźniowi Oświęcimia i honorowemu obywatelowi Izraela się nie odmawia”. Powiedział to z taką pewnością, jakby był do tego upoważniony przez kanclerza Niemiec. Najwidoczniej Bartoszewski też jest tego mniemania o swoich możliwościach. Może się nie myli?
Niemcy w stosunkach międzynarodowych są w takim położeniu jak „postkomuniści” w Polsce: im mniej wolno. Gdyby władze niemieckie tak manifestowały swoją „tożsamość” narodową, tak idealizowały swoją przeszłość (niechby tylko w jej najchwalebniejszych osiągnięciach) i tak podsycały niechęć do swoich niektórych sąsiadów, jak to się robi w Polsce, świat krzyczałby wniebogłosy, że w Niemczech odrodził się nazizm. Polsce wolno więcej; dzięki temu, że nic nie może, pozwala się jej bałamucić się do woli religijnie umajonym szowinizmem. Cierpiąc z powodu realnej niemocy, Polska chce ekspandować za pomocą polityki historycznej. Gdyby mogła, to muzea niemieckie, białoruskie czy litewskie urządziłaby w duchu takiej prawdy, jaką emanuje Muzeum Powstania Warszawskiego.
Premier poprzedniego rządu powiedział, że w stosunkach z Niemcami trzeba wykorzystywać ich poczucie winy. Nie musiał tego mówić, to już weszło w zwyczaj polskiej polityki. Radek Sikorski, minister spraw zagranicznych (grubo przedwcześnie nim został), nie musiał myśleć, żeby powiedzieć, że „więźniowi Oświęcimia nie można odmówić”, ta maksyma w gotowej postaci tkwi w każdej nieomal głowie polskiego polityka i dziennikarza.
Polacy nie chcą rozumieć, jakie są ich rzeczywiste stosunki z Niemcami. Niemieckie poczucie winy biorą za stan naturalny, za cechę, która w każdym pokoleniu musi się odradzać po wiek wieków i Polacy też po wiek wieków będą mogli z tego ciągnąć korzyści. System psychologicznej przemocy, jaki ustanowiły w kraju rządy solidarnościowe, chcą rozciągnąć na kraje sąsiednie.

Toczy się odwieczny spór o to, czy zasady moralne są absolutne i obowiązują wszystkich, czy raczej są względne, zależne od miejsca i czasu, w jednych grupach ludzkich obowiązujące, a w drugich już nie. Porównajmy pod tym kątem bazar, targowisko z elitą polityczną. Na targowisku człowiek, który jest znany z tego, że wyłudza pieniądze, pożycza i nie chce oddać inaczej niż pod przymusem sądowym, nie byłby otoczony szacunkiem, miano by się przed nim na baczności, miano by go po prostu za oszusta. Ten sam osobnik jest zupełnie inaczej oceniany w elicie politycznej. Tam uchodzi za krystalicznie uczciwego, mógłby zostać posłem, ministrem, a w razie nagłej potrzeby nawet ministrem sprawiedliwości. I od swego elitarnego otoczenia mógłby się nawet korzystnie odróżniać.

Wydanie: 8/2009

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy