Odlatują najważniejsze osoby w państwie

Odlatują najważniejsze osoby w państwie

Cokolwiek mimo woli byłem świadkiem – ułomnym, za to całodziennym – defilady wojskowej w Warszawie. Huk armatnich salw, warkot helikopterów (produkcji rosyjskiej lub nawet jeszcze ZSRR), dudnienie F-16. Na szczęście tylko pojedyncze słowa dobiegały na drugi brzeg Wisły. Ich pompatyczność wybrzmiewała zresztą jak te nieszczęsne salwy, krótko, bez sensu, ale potężnie. W moim odbiorze dominowały jednak akcenty lotnicze, prawie 100 powietrznych potworów nie da się nie zauważyć, nie sposób ich nie usłyszeć, nie da się od nich uciec. Na koniec obserwowałem, podobnie jak setki tysięcy obserwujących – dobrowolnie lub bez wyboru – przelot cywilnego jednak boeinga 737, który został zakupiony przez Ministerstwo Obrony Narodowej do przelatywania VIP-ów, czyli „najważniejszych osób w państwie”. Pusty zapewne olbrzym leciał na normalnie zakazanej wysokości nad miastem w towarzystwie dwóch superzłomów F-16. Kiedyś Jerzy Urban z sardonicznym uśmiechem zapewniał, że władza sama się wyżywi – ten obraz jakby mówił: władza sama się obroni. Ale właściwie po co się rozwodzić nad tym, że obecna władza defilandowskie fetysze tak bardzo lubi? I poprzednia lubiła. Chłopięce fascynacje pozornie dorosłych mężczyzn – co poradzić?

Bardziej odruch sprzeciwu wzbudzała we mnie fraza „najważniejsze osoby w państwie”. Które to są? I dlaczego właśnie one? I czy na pewno to te, które mogą zasiąść na boeingowych fotelach obitych wybranymi przez Beatę Kempę tapicerskimi wykończeniami?

Emblematyczne jest to, że władza sama się nazywa najważniejszym elementem społeczeństwa, sama się wyróżnia, nagradza, kupuje (boeing został kupiony całkiem poza strukturami ustawowymi zamówień publicznych, z tzw. wolnej ręki). Zakupionego boeinga, żeby uzasadnić MON-owskie sztuczki w omijaniu prawa (spróbuj kupić tak ołówki i kredę dla publicznej szkoły albo papier toaletowy dla szpitala…), określano jako powietrzne centrum dowodzenia krajem, porównując do samolotu amerykańskich prezydentów Air Force One. Jak w klasycznym dowcipie o drepczącej u boku słonia mrówce, która zadziera główkę i z dumą godną „dobrej zmiany” wyrzuca z siebie: „Ale tupiemy, co?”.

Jednak fraza „najważniejsze osoby w państwie” ilustruje jeszcze inny proces i zmianę reguł postrzegania państwa – z demokratycznego, społecznego, oddolnego, które na krótką chwilę wybiera swoich przedstawicieli i przedstawicielki do rządzenia, na takie, gdzie ziszcza się mokry sen o hierarchicznej, monarchicznej, scentralizowanej władzy – która będzie rządzić długo, bo ma czym się bronić. I w takim scenariuszu Duda, Kuchciński, Karczewski, Terlecki, Błaszczak, Brudziński i inni ministrowie stają się najważniejszymi osobami w państwie. Są o tym przekonani. Oni nawet wtedy, kiedy się nie przemieszczają (limuzynami, które co chwila się rozbijają), tylko stoją wyprostowani, klęczą ulegli, przemawiają namaszczeni, perorują przejęci, jakby ich puste mowy miały przetrwać tydzień – odgrywają majestat. Czują się królami. Pojedynczymi samowładcami. Przez chwilę udają, że są ważni i decyzyjni, bo na defiladzie nie ma tego jednego niepozornego, który nimi kukiełkuje. Można powiedzieć, że jest to manifestacja spójna – to demonstracja tęsknoty za światem, który przeminął, za światem ustalonych, pozamerytorycznych hierarchii i statusów, gdzie biskupi w imieniu Boga namaszczają władców. Kłopotliwie samoośmieszającą się konwencję tego typu maskarad najlepiej unaocznia udział prawie 900-osobowej grupy rekonstruktorów, która niemal dorównywała liczebności żołnierzy prawdziwych.

Tę symulakryczną baśń o Polsce widzimy zresztą na co dzień, patrząc na barierki zagradzające dostęp do parlamentu, bo tam barykadują się, pod pozorem obrad Sejmu i Senatu, kolejne „najważniejsze osoby w państwie”.

Gdyby zatem zakupić kolejny wielki amerykański samolot z wolnej ręki, zmieściliby się tam wszyscy posłowie i senatorowie rządzącej partii i ich codzienny odlot stałby się zarazem symbolem, jak i realnością. Oni po prostu lecą, bronią ich swoim hukiem F-16, zwykli obywatele i obywatelki nie zakłócają pozorowanych działań, zwanych stanowieniem prawa. Wówczas nawet zrodziłoby się uzasadnione przekonanie, że mają prawo do stworzenia własnej legendy „Sejmu latającego”, który obroni, wyżywi i wysłucha się sam, bo jest na pokładzie dla najważniejszych osób w państwie. A skąd te najważniejsze osoby w państwie mają przekonanie, że są najważniejsze w państwie? Bo inne podobnie myślące o sobie zaprosiły je na pokład samolotu dla najważniejszych w państwie. Czego należało dowieść – dowiedzione. Lecę, więc jestem. Lecę, więc rządzę.

W tej całej historyjce umyka im fakt, że każdy lot zaczynający się startem, wcześniej czy później kończy się lądowaniem. A tutaj już może nie być miękkiego lądowania. Patos kończy się marnym plasknięciem. I ten ćwierćmonumentalny, zadufany, pełen wielkich słów lot „najważniejszych” zakończy się takoż. I nie zostawi po sobie śladu na niebie, jak każdy wczorajszy samolot.

Wydanie: 34/2018

Kategorie: Felietony, Roman Kurkiewicz
Tagi: defilady, PiS, władza

Komentarze

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy