Imperium zła robi zamachy

Imperium zła robi zamachy

Specjalista od surowców energetycznych pisze w „Gazecie Wyborczej”: „Rurociąg omijający Ukrainę to gorąca sprawa polityczna w naszym regionie. Może wepchnąć ten kraj w objęcia Rosji, bo Kijów nie będzie miał ekonomicznej broni przeciw Moskwie, czyli możliwości zablokowania tranzytu gazu do Europy Zachodniej”. Zgadzam się, że tak często słyszane oburzanie się na wykorzystywanie przesyłu surowców jako broni w stosunkach międzynarodowych jest zwykłą hipokryzją, w rzeczywistości każdy kraj broni się lub naciera takimi środkami, jakie posiada. Jeżeli Ukraina w sytuacji ostrego konfliktu z Rosją mogłaby zablokować tranzyt rosyjskiego gazu, to może by to zrobiła. A więc mieć na swoim terytorium gazociąg to atut, środek oddziaływania na inne państwo. Czy to także źródło dochodu, o tym nie mówię, bo Polaka interesuje tylko jego własny, możliwie najszybciej osiągalny dochód. Rządy polskie postsolidarnościowe mało wagi przywiązują do tej strony sprawy – polityka energetyczna z jej „dywersyfikacją” to jeden wielki kosztowny polish joke. Okazuje się, że nie chcą mieć w swoich rękach także politycznego atutu tranzytowego, który tak szalenie cenią, gdy ma go Ukraina. A przecież gdyby mieli u siebie te rurociągi, które teraz idą po dnie morza, mogliby zakręcać i odkręcać kurki, stając się postrachem eksporterów i odbiorców gazu. Jest problem wraku. Warszawa stawia sprawę jasno: albo natychmiast oddajecie nam wrak, albo zakręcamy kurek… Według tego, co mi mówią ludzie lepiej poinformowani, Rosjanie nie obawiają się nieodpowiedzialnych posunięć obecnej Ukrainy. Kłopot dla Moskwy tkwi w tym, że ona może być mniej ukraińska w przyszłości i prawdopodobnie będzie. Ciągle robią wrażenie słowa Romana Dmowskiego: „Ukraina oderwana od Rosji zrobiłaby wielką karierę. Czy zrobiliby ją Ukraińcy? (…) Nie ma siły ludzkiej, zdolnej przeszkodzić temu, ażeby oderwana od Rosji i przekształcona w wielkie państwo Ukraina stała się zbiegowiskiem aferzystów całego świata, którym dziś ciasno jest we własnych krajach, kapitalistów i poszukiwaczy kapitału, organizatorów przemysłu, techników i kupców, spekulantów i intrygantów, rzezimieszków i organizatorów wszelkiego gatunku prostytucji: Niemcom, Francuzom, Belgom, Włochom, Anglikom i Amerykanom pośpieszyliby z pomocą miejscowi Rosjanie, Polacy, Ormianie, Grecy, Żydzi. (…) Te wszystkie żywioły przy udziale sprytniejszych, bardziej biegłych w interesach Ukraińców, wytworzyłyby przewodnią warstwę, elitę kraju. Byłaby to wszakże szczególna elita, bo chyba żaden kraj nie mógłby się poszczycić tak bogatą kolekcją kanalii”.
Taka Ukraina, pisał cytowany autor, byłaby „istną ligą narodów”; w dzisiejszych warunkach „ligę narodów” trzeba zastąpić „unią europejską”. Przejście do Unii Europejskiej pisanej dużą literą będzie w ten sposób naturalniejsze niż to, co proponuje polska dyplomacja.
Zachęcanie Ukrainy do zakręcania kurków (patrz cytat na początku) jest bezmyślnym pchaniem palca między drzwi.

Stan księżowski łącznie z biskupami i kardynałami podobno w przeważającej większości wierzy w fantasmagorie o zamachu pod Smoleńskiem. W tym nie widzę nic zaskakującego. Ludzie, którzy codziennie obcują z ciałem i krwią Chrystusa, nie muszą mieć wyostrzonego poczucia rzeczywistości. Zastanawiać może wzrost liczby wierzących w zamach wśród świeckich, zwłaszcza wśród naukowców. Na każdego profesora, który coś twierdzi, znajdzie się drugi profesor, który temu przeczy. Z tej dialektyki twierdzeń i przeczeń wymknął się pewien wybitny profesor filozofii z Uniwersytetu Warszawskiego. Pytany o katastrofę smoleńską (radio Tok FM) odpowiedział: Zacznijmy od pominięcia wszystkich faktów, co innego doxa, co innego episteme, już Arystoteles był tego zdania. I na tej myśli zakończył. Miał rację i nie miał. Wierzącym w zamach fakty nie są do niczego potrzebne, ale upierają się, że czarny punkt znajdował się poza trajektorią lotu, co jest dowodem na zamach. Inni pokazują im, że czarny punkcik znajduje się dokładnie na trajektorii, ale im to nic nie pomaga. Niby fakty się nie liczą, ale to nieprawda. Liczą się, ale inne. Samolot leciał do Katynia. Czy to nie fakt? W Katyniu rozstrzelano polskich oficerów. Znowu fakt. Litwinienko został otruty polonem. Fakt. Putin na złość Polsce wybudował Nord Stream. Że na złość, to może doxa, ale że wybudował, to czysta prawda. Była rzeź Pragi, czy nie było jej? Była. Car Iwan był Groźny, a Stalin jeszcze bardziej. Itd. „Gazeta Wyborcza” z godną uznania konsekwencją od trzech lat obiektywnie informuje o przebiegu katastrofalnego lotu. Jednakże fakty, jakie cierpliwie relacjonuje, nie podważają wiary w zamach. Ta wiara opiera się na wizerunku Rosji i Putina, jaki media, w tym „Wyborcza”, codziennie Polakom przedstawiają. Pod względem tonu „Wyborcza” różni się od „polskich” gazet, „naszych” dzienników i tych wszystkich do Rzeczy i od rzeczy; te są bardziej ambitne w swoich pragnieniach: państwo rosyjskie obalić, Ruskich pozabijać, samych demokratów zostawić. W sobotę „Wyborcza” publikuje dodatek o katastrofie smoleńskiej, a w środę pisze, jaki podły kraj ta Rosja: „My promujemy demokrację i w nią wierzymy, Rosja uznaje ją za puste słowo. My boimy się niszczącej państwo korupcji, Moskwa de facto uznaje ją za fundament swego państwa i sposób zaspokajania potrzeb jego elity”. My jesteśmy za pokojową współpracą międzynarodową, Rosja popiera najgorsze reżimy świata itd. Polska jest rajem demokracji, Rosja imperium zła. Skoro w tym imperium skumulowało się tyle zła, to zamach w Smoleńsku miałby być nieprawdopodobny?

Wydanie: 16/2013

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy