Mój ukochany IPN

Mój ukochany IPN

Od dziennikarzy dowiedziałem się, że Oddział Krakowski IPN, ponoć na wyraźne życzenie p. Gontarczyka (biografa Lecha Wałęsy), który szefuje Wydziałowi Lustracyjnemu tej szacownej instytucji, chce mi wykazać, że byłem etatowym (ściślej: półetatowym) pracownikiem szkoły SB w Legionowie. A ponieważ nie przyznałem się do tego w oświadczeniu lustracyjnym, jestem lustracyjnym kłamcą z wszystkimi tego konsekwencjami.
Już rozmaite brukowce zdążyły o tym napisać, wieszcząc, że niebawem stracę mandat poselski. O sprawie poinformowała też publiczna TV.
O mandat jestem raczej spokojny, niech bowiem IPN szuka sobie dalej, nie znajdzie potwierdzenia swej tezy z tej prostej przyczyny, że nigdy ani na cały etat, ani nawet na jego połówkę nie byłem w szkole w Legionowie zatrudniony. Sądzę, że dokumenty po szkole się zachowały, można sprawdzić listy pracowników, wykazy zajęć, listy płac. Nigdzie mojego nazwiska nie będzie, bo być nie może. IPN już to chyba wie. Wie, że nic nie znajdzie, robi więc do mediów przeciek, że szuka.
Prawdą jest, że w pierwszej połowie 1981 r. kilku młodych pracowników tej szkoły chciało u mnie robić doktoraty. Przyjeżdżali na moje seminaria z kryminalistyki na Uniwersytet Śląski, a i ja byłem u nich w szkole kilka razy na konsultacjach. Za te przyjazdy i konsultacje szkoła płaciła mi jak za odczyt. Na tej samej zasadzie, z wykładami czy odczytami, odwiedziłem w swoim życiu dziesiątki rozmaitych instytucji, zarówno w Polsce, jak i za granicą. Żadnej z nich nie traktuję jako swego pracodawcy, żadna z nich nie traktuje mnie też jako swego pracownika.
Co tak wzbudziło czujność IPN? Otóż w aktach prowadzonej w latach 80. przez katowicką bezpiekę „sprawy operacyjnego sprawdzenia” krypt. „Naukowiec” dotyczącej mej skromnej osoby, w jednej z notatek znalazło się m.in. zdanie, że w 1980 r. byłem zatrudniony na pół etatu w WSO MSW w Legionowie. Piszący notatkę coś zapewne słyszał o moich kontaktach z pracownikami Legionowa, wydedukował sobie, że pewnie tam pracowałem, i tak zapisał. Komponowało mu się to z innymi informacjami. „Doc. J. Widacki posiada wiele znajomości prywatnych i wywodzących się z płaszczyzny zawodowej wśród pracowników Komendy Wojewódzkiej MO w Katowicach i MSW. Utrzymuje on kontakty naukowe i prywatne z pracownikami Akademii Spraw Wewnętrznych w Warszawie, których odwiedza w miejscu pracy. Doc. Widacki w rozmowach prowadzonych na płaszczyźnie służbowej i prywatnej uzyskuje informacje o funkcjonariuszach i pracy aparatu MO i SB, które następnie przekazuje do poszczególnych ogniw NSZZ „Solidarność””.
Faktem jest, że jako kierownik uniwersyteckiej katedry kryminalistyki i biegły sądowy miałem wielu znajomych wśród milicyjnych ekspertów, z którymi spotykałem się bądź to na rozmaitych konferencjach naukowych, bądź nawet w śledztwach, na potrzeby których wykonywałem ekspertyzy. Prawdą też jest, że miałem dobre rozeznanie w tym środowisku i zupełnie niezłą wiedzę na temat funkcjonowania aparatu MO i SB. Ta wiedza przydawała się niekiedy w stanie wojennym, ale prawdziwy użytek mogłem z niej zrobić dopiero po 1989 r. jako ekspert tzw. komisji Rokity i później jako wiceminister spraw wewnętrznych. Wbrew obawom SB w 1981 r. żadnej takiej wiedzy nie przekazywałem „poszczególnym ogniwom „Solidarności””, choćby z tego względu, że te „poszczególne ogniwa” funkcjonowaniem aparatu MO i SB nie bardzo się wtedy interesowały.
To niejedyna nieprecyzyjna i nieprawdziwa informacja z mojej teczki. Wypełniając „arkusz informacyjny”, rozpracowujący mnie oficer napisał, że byłem w następujących krajach kapitalistycznych: Belgii (1973), Włoszech (1973), Szwajcarii (1975). Ktoś mu tak powiedział, czy sam sobie wymyślił? W Belgii byłem, ale dopiero dobrych kilka lat później, we Włoszech po raz pierwszy w 1988 r., w Szwajcarii zaś dopiero w 2006!
W tymże arkuszu informacyjnym zapisał, że od 1968 r. należę do PZPR, a w innym miejscu, że na znak protestu demonstracyjnie oddałem legitymację partyjną po wprowadzeniu stanu wojennego w grudniu 1981 r.
W notatce dla katowickiej bezpieki bezpieka krakowska informowała, że „do roku akademickiego 1981/82 prowadziłem w Uniwersytecie Jagiellońskim zajęcia zlecone w wymiarze jednej drugiej etatu”, podczas gdy ja zajęć nie prowadziłem tam już od 1978 r.!
O dziesiątkach innych nieprawdziwych informacji o mnie wypisywanych w notatkach służbowych już nie wspomnę (np. że noszę w klapie marynarki odznakę KPN! – nigdy w życiu nie miałem takiej odznaki).
Jeśli ośmieliłem się zajmować uwagę Czytelników swoją sprawą, to dlatego, że jak sądzę, ma ona pewien walor dydaktyczny.
Po pierwsze, widać, jak niemądre i nieprawdziwe jest twierdzenie jednego z IPN-owskich luminarzy, że informacje zawarte w teczkach są wiarygodne, bo „bezpieka sama siebie nie okłamywała”. Bezpieka jako instytucja pewnie nie, ale konfident okłamywał czasem porucznika, porucznik – majora, pułkownik to i owo podkoloryzował w raporcie do centrali.
Uzasadnienie dla własnej ważności i nadanie sensu swej pracy wymagało często demonizowania przeciwnika.
Sprawa kolejna to sens działania IPN. Za pieniądze podatnika prowadzi się śledztwo, by sprawdzić, czy ktoś przed 27 laty miał pół etatu, czy tylko umowę o dzieło.
Jest to rzeczywiście problem niezwykle istotny dla Polski.
Przy okazji widać, że istotą działania IPN jest nie tyle dążenie, by „złowić króliczka, ale by gonić go”. O tym, że się goni, dobrze ukradkiem poinformować media. Mały sensacyjny przeciek żyje potem swoim życiem.
Gdy bezpieka w stanie wojennym zaczęła mnie inwigilować, w planie przedsięwzięć operacyjnych napisano, że jednym z celów jest „uzyskanie materiałów kompromitujących bądź obciążających celem wykorzystania ich dla neutralizacji figuranta”.
Minęło dwadzieścia kilka lat. Od 19 lat nie ma już SB. Teraz materiałów kompromitujących bądź obciążających poszukuje IPN. W celu identycznym jak kiedyś bezpieka. Dla „neutralizacji figuranta”.
Czy kiedyś, po latach pracownikom IPN też ktoś obniży emerytury?

Wydanie: 41/2008

Kategorie: Felietony, Jan Widacki
Tagi: Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy