POPiS-owa racja stanu

POPiS-owa racja stanu

Obejrzałem w telewizji fragment wywiadu Janiny Paradowskiej z Andrzejem Olechowskim, ale wrażenie, jakie odniosłem, może być mylne, ponieważ widziałem tylko fragment. Olechowski nie jest demagogiem i nie nauczy się tej sztuki; musiałby w tym celu złamać swój charakter. Zwolenników może zdobywać tylko w rzeczowej dyskusji, a wyborca nie jest przygotowany do wysłuchiwania racji, pragnie raczej uczestniczyć w melodramacie, w którym występują wyraźnie odróżnieni złoczyńcy i ich ofiary oraz spora dawka patriotycznego sentymentalizmu. Dystans i zniechęcenie, jakie Olechowski okazywał wobec aktualnej polityki, jej formy i treści, zbliżają go do dużej części społeczeństwa, ale inna część może go uważać za nie dość zaangażowanego w sprawy publiczne. Entuzjazmu dla swojej idei nie rozpala, ponieważ dystans ma również do samego siebie. Swoje stanowisko przedstawia jako centrowe, tak jakby do celów, jakie sobie stawia, wystarczyła drobna korekta w dotychczasowej polityce. Najogólniej te cele można określić jako przeniesienie punktu ciężkości polityki na cele wymierne, gospodarcze, materialne, na doskonalenie widzialnej strony kraju, tak by Polska nie pozostawała, jak teraz, po dwudziestu latach wolności, na ostatnim czy przedostatnim miejscu w Europie pod względem dobrobytu, jakości życia i kultury materialnej.
Na pozór wszystkie inne partie głoszą podobny pogląd, ale wyjdźmy poza pozory. W rzeczywistości polska polityka jest poddana ideologii, którą w gronie uczonych nazywam gnozą narodową, a którą bardziej zrozumiale można nazwać symbolizmem politycznym. Symbolizm filtruje rzeczywistość w ten sposób, że treści morałowe, religijne, „aksjologiczne”, pseudohistoryczne itp. pojawiają się jako ważniejsze niż podstawowe dobra życiowe. Gdyby polską politykę upersonifikować, można by powiedzieć, że jest ona potwornym hipokrytą. (Czyż nie hipokryci, znający się tylko na „wartościach”, robią w Polsce najbłyskotliwsze kariery?). Aby dokonać reorientacji polskiej polityki w kierunku postulowanym przez Olechowskiego, nie wystarczą drobne korekty dotychczasowych programów partyjnych. Niezbędne są silne impulsy ideowe.

Marszałek Sejmu Bronisław Komorowski swoim artykułem w „Gazecie Wyborczej” (22 września) dostarczył pierwszorzędnej jakości materiału chcącym badać sposób myślenia rządzącego Polską POPiS-u. W poprzednim felietonie starałem się wyeksponować zdanie, które jest wierutnym zmyśleniem: „Do naszej tradycji należą setki lat demokracji, parlamentaryzmu, konstytucjonalizmu i doświadczeń wspólnotowości europejskiej w ramach Rzeczypospolitej Obojga Narodów”. To o kraju, w którym pańszczyzna, będąca czymś gorszym od niewolnictwa w starożytnym Rzymie, została zniesiona w połowie XIX w., w tym czasie, co niewolnictwo Murzynów w Stanach Zjednoczonych. Konstytucjonalizm w kraju, w którym nie działały sądy, nie było rządu, a jedyny kwitnący handel – jak pisał Anglik Dawid Hume – polegał na sprzedawaniu głosów w Sejmie.
Polska dawniejsza czy nowsza według marszałka Komorowskiego ma zawsze jakąś przewagę nad innymi. Wymyśla on takie kryteria, żeby to było widać jak na dłoni. W 1939 r.: „Jeśli mierzyć siłę państwa jedynie możliwością stawienia oporu wrogowi, to Rzeczpospolita nie wypadła gorzej od Francji…”. Francja przegrała wojnę z małymi stratami, bo nie chciała walczyć, Polska przegrała, mimo że walczyła, ale można wymyślić takie narzędzie miary, że Polska okaże się silniejsza od Francji. O wojnie autor pisze tak, jak gdyby przestała już być „uprawnionym sposobem rozwiązywania sporów”. Dlaczego zatem w dzisiejszej polskiej polityce zagranicznej przeważa temat wojny, a więc tarcze antyrakietowe, patrioty, miliardy dolarów przeznaczone na zakup samolotów, nerwowe zabiegi o sprowadzenie żołnierzy amerykańskich, wojsko w Afganistanie – co ono tam robi? Polska, zapewnia marszałek, „myśli o bezpieczeństwie głębiej od innych narodów europejskich”. Co ma na myśli? Znowu znalazł porównanie mające potwierdzić przewagę Polski, tym razem pod względem głębi. Do NATO należy dwadzieścia państw, ale Polska należy głębiej. Co jest głębokiego w popieraniu Gruzji, w graniu na nosie Rosji, w małodusznym wykorzystywaniu przy byle okazji niemieckiego poczucia winy? Gdzie szukać tego głębszego myślenia o bezpieczeństwie, jak nie w przemówieniach prezydenta? Trzeba więc pouczyć obywateli, żeby nie parskali śmiechem, jak słyszą coś głębokiego. Może głębokiego myślenia o bezpieczeństwie trzeba się dopatrywać w destrukcji wywiadu i kontrwywiadu dokonanej solidarnie przez POPiS? Może w szukaniu sojuszników daleko, a wrogów blisko, co jest polską specjalnością? Może w nieodróżnianiu wojny od pokoju, co charakteryzuje POPiS, który koniec wojny datuje na 4 czerwca 1989 r.
Jeszcze jeden z przykładów głębokiego myślenia: „polską racją stanu jest ciągłe pogłębianie integracji europejskiej – choćby w takich dziedzinach jak bezpieczeństwo energetyczne. Jeszcze istotniejsze jest utrzymywanie otwartości wspólnot europejskich na nowych członków”. Każdy zwyczajnie myślący wie, że nie można jednocześnie europejskiej integracji pogłębić i wspólnoty rozszerzyć. Jeżeli Brytyjczycy i Amerykanie optują stale za rozszerzeniem, to dlatego, że nie chcą Europy zbyt zintegrowanej, a nie chcą ze zrozumiałych powodów. Polska takich powodów nie ma. Jeżeli przyjmować nowych członków, to wcale nie jest jasne, kogo wcześniej – Ukrainę czy Białoruś. Stanisław Stomma, jeden z bardzo nielicznych rzeczywiście głęboko myślących, twierdził, że Białoruś o wiele łatwiej byłoby zintegrować z Unią Europejską niż Ukrainę, która jakością swoich problemów, chaosem i paroksyzmem nacjonalizmu obciążyłaby Unię kłopotami ponad miarę. Ponadto od Białorusi nie dzieli nas morze krwi.
Jeśli chodzi o bezpieczeństwo energetyczne, to uzależnianie się od słono przepłacanych dostaw z Kataru także o niczym innym nie świadczy jak tylko o nieodpowiedzialności rządzącego POPiS-u.

Wydanie: 40/2009

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy