Pytania nadal aktualne

Zapiski polityczne

Sejmowe wakacje sprawiły, że mogę nareszcie pobyć w Domu pod Ptakami. Patrzę z radością, jak – co rzadkie – spełniły się moje marzenia. Ganek zarósł dzikim winem. Jest zielona altana. Tak miało być, ale gdy przerabiałem mocno postarzałą drewnianą chałupę na pisarską pracownię, trudno mi było zobaczyć w wyobraźni ten spłacheć piasku na skraju puszczy zamieniony w ogród pełen bujnej zieleni. Drzewa powyrastały mi nadspodziewanie. Modrzewie mają już po kilka metrów wysokości, podobnie brzozy o białych pniach, sosny samosiejki zaczynają być kłopotliwe, bo wyrastają już pod linie przewodzące prąd elektryczny, nawet sad, o którym sądziłem, że nigdy tu nic nie wyrośnie, ma już dosyć duże drzewka, na razie nieowocujące. Jedno z moich ozdobnych drzew padło nawet ofiarą huraganu, tego, który zniszczył Puszczę Piską, a do Mikaszówki dotarł resztą podmuchu. Padły też dwie, już rosnące na terenie puszczańskim spore sosny, ale na szczęście wiatr był od zachodu i połamane konary nie uderzyły w dom, lecz opadły w lesie.
Rocznicę powstania radio i prasa obchodzą znowu bardzo uroczyście i dużo miejsca tej tragedii poświęcają. Sporo jest wypowiedzi weteranów walk, przeważa podziw dla męstwa i ofiarności powstańców. Głosów rozsądku nadal mało. W tym chórze pochwał ginie prawda o gigantycznej, największej w historii hekatombie złożonej w ofierze na ołtarzu ambicji patriotyczno-politycznych. Zupełnie pomija się wątek specyficznego prezentu ofiarowanego Stalinowi w postaci wygubienia kilkudziesięciu tysięcy aktywnych wrogów stalinowskiego komunizmu. Na tyle można chyba oszacować liczbę młodych ludzi, którzy, gdyby ocaleli z wojny, a bez powstania tak by się zapewne stało, byliby dla Stalina kłopotliwi. Byłem jednym z takich kłopotów i wylądowałem na białych niedźwiedziach. Większość z młodzieży akowskiej wywiezionej do stalinowskich obozów wróciła do kraju. Podjęliśmy naukę i pracę. Odbudowaliśmy Warszawę i wiele innych miast, ale te ponad 200 tys. osób, które przypłaciły życiem ambicje polityków i żołnierzy, to był przecież w sporej części kwiat narodu, inteligentni, wykształceni, ofiarni w pracy. Jakże ich brakowało na każdym kroku, podobnie jak zaprzepaszczonych na zawsze skarbów i pamiątek kultury polskiej w zburzonej do fundamentów stolicy.
Polegli bohaterowie powstania przysłonili swoją chwalebną śmiercią wielką zbrodnię ówczesnych elit wojskowych przede wszystkim, a i politycznych w sporej części. Ludzie odpowiedzialni za tragedię powstania działali na ślepo. Zupełnie nie zdawali sobie sprawy z układu sił na świecie, nie rozumieli podrzędnej roli, jaką alianci wyznaczyli Polskim Siłom Zbrojnym w planie pokonania Hitlera. Ten brak elementarnego zrozumienia sytuacji kraju i jego podziemnego wojska pozwolił i na rozpoczęcie walki bez broni, i na swoistą demonstrację siły okazaną Stalinowi, który to zwyczajnie wyśmiał i utopił niemieckimi rękami we krwi i męczarniach torturowanego stołecznego miasta.
We wspominaniu powstania ten wątek odpowiedzialności za śmierć ponad 200 tys. ludzi został wyraźnie zatracony czy wręcz wstydliwie przemilczany. To ofiara krwi na miarę Hiroszimy czy Nagasaki, to klasyczny wręcz dowód na odwieczną niefrasobliwość polskich elit. Czyż ówcześni decydenci nie wiedzieli, co się stało we Lwowie i Wilnie z próbami pokazania Stalinowi, że tam jest Polska? On już miał zgodę aliantów na to, że tam będzie ZSRR.
W tamtych latach byłem młodziutkim żołnierzem, w ostatniej chwili podchorążym Armii Krajowej. Niczego specjalnie nigdy nie dokonałem, ale współpracując na niskim szczeblu z „Tarczą”, ziemiańskim odłamem AK, dokonałem pewnego smutnego odkrycia. Teraz w drukowanych w prasie powstańczych wspominkach natrafiłem na ten sam wątek rozliczeń. Żołnierze, szczególnie dowódcy, bardzo chcieli sobie powojować, podowodzić, wykazać się bojowością swoich żołnierzy. Ten wysiłek AK nie przybliżył jednak ani o jeden dzień daty zwycięstwa aliantów nad Niemcami, natomiast wygubił tysiące młodych istnień. W mojej służbie zajmowałem się głównie zbieraniem i przewożeniem, do kogo było trzeba, informacji o charakterze kontrwywiadowczym. Profesor Jan Karski napisał kilkadziesiąt lat później to samo, co mnie uderzało już wtedy, ale nie miałem odwagi powiedzieć, że to wszystko było jałowe, niepotrzebnie narażające życie młodzieży.
Czytam także w prasie, że do szaleńczej decyzji o powstaniu przyczynili się wyżsi akowscy dowódcy naciskający na Bora, by wydał rozkaz do walki. No właśnie, chcieli powojować. Pużak, rozsądny socjalista, rozkaz podpisał dopiero wtedy, gdy walki były już rozpoczęte.
Czy to wszystko ma teraz jakieś znaczenie? Jest to pytanie nie tyle polityczne, co dotyczy sensowności ustalania prawdy historycznej. Czy potrzebna jest nam rzetelna wiedza o wydarzeniach przeszłości? Z tym łączy się troska o każdorazowy skład elit politycznych i, ogólnie mówiąc, decyzyjnych: wojskowych, gospodarczych, kościelnych. Proste przykłady: nie zdarzyłaby się nam hańba Jedwabnego, gdyby elity kościelne nie były przez długie wieki tradycyjnie antysemickie, kilka milionów ludzi nie doznałoby katastrofy spowodowanej przez naszą transformację ustrojową, gdyby decyzyjne elity gospodarcze miały więcej wiedzy o ekonomii, niż dawała im płytko pojmowana doktryna liberalna. Ciągle w naszych dziejach powtarza się to samo. Brak przygotowania do kierowania sprawami państwa przez elity polityczne lub inne. Nie byłoby tych nieudanych powstań, niepotrzebnych ofiar na polach bitewnych, gdyby nasze mechanizmy kształtowania elit decyzyjnych były mniej polityczne, za to bardziej pragmatyczne. Nasze sukcesy to głownie klęski rozpadających się potęg nas gnębiących. Sami z siebie potrafiliśmy – jak dotąd – niezbyt wiele.

5 sierpnia 2002 r.

 

Wydanie: 32/2002

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy