Nasi chłopcy, czyli my

Od dość dawna głoszę teorię, że sukcesy i porażki sportowe są projekcją głębszych nastrojów, nurtujących społeczeństwa. Sprawdza się to dość często. W okresie krótkiej „praskiej wiosny” Czesi wygrali w hokeja z Amerykanami, a Czech, którego nazwiska zapomniałem, osiągnął rewelacyjny wynik w skokach narciarskich. Polski Wunderteam lekkoatletyczny był owocem optymizmu z czasów wczesnego Gierka i nastroju, który go poprzedzał. Obecnie zaś Ghana na przykład, świetny i skrzywdzony w meczu z Włochami zespół piłkarski, jest zwierciadłem rodzącej się ambicji Afryki. I tak dalej, niech komentatorzy sportowi uzupełnią resztę.
Co do naszego Wunderteamu piłkarskiego z czasów trenera Górskiego usłyszałem ciekawą teorię, że był to zespół z kraju, którego stosunki ze światem zewnętrznym były jednak dość ograniczone. Nie było transferów do zagranicznych drużyn, grania w zagranicznych klubach i tylko trenerzy czasami trenowali kogoś za granicą. Toteż zawodowy świat piłkarski na widok polskiej reprezentacji po prostu został zaskoczony, że gdzieś tam, na Wschodzie, są ludzie, którzy tak dobrze grają w piłkę.
Ale tym samym zadziwili się także nasi zawodnicy, którzy nagle się dowiedzieli, że grają nie gorzej niż tradycyjne potęgi piłkarskie, a więc należy spróbować, jak daleko można będzie zajechać. Wunderteam Górskiego był więc jak śliczna panienka, chowana dotąd przed ludźmi w domowym ukryciu i dopiero pokazana po raz pierwszy na balu debiutantek (było kiedyś coś takiego) robi furorę i sama dowiaduje się, ile jest warta.
Nasz obecny zespół narodowy jest zbieraniną gastarbeiterów. Każdy z nich gdzieś tam gra dla pieniędzy, czasem w świetnych klubach, częściej w drugo- lub trzecioligowych, są oni znani światowym menedżerom jak łyse konie, nie najwyższej rasy, ale i tak im się to opłaca.
Bo Polakom w ogóle opłaca się wyjechać za granicę i pracować tam choćby przy zmywaku. Oblicza się, że z naszego kraju wyjechało już około 2 mln ludzi, z tego milion legalnie, a 64% obywateli w kraju indagowanych o to przez PBS twierdzi, że już tam zostaną. Niedawno pewna młoda osoba, kryjąca się pod kryptonimem „Kopciuszek”, napisała w gazecie, że nie zamierza wracać z zagranicy do Kaczorlandu, motywacje innych są mniej ideowe.
Tak czy owak zbieramy owoce uporczywej walki naszych rządów o otwarcie unijnych rynków pracy dla Polaków. Ale skutki te są różne.
Dobre, kiedy rozładowują bezrobocie, które jakoś nie chce nam się zmniejszać, a także dostarczają jakichś pieniędzy ludziom żyjącym w kraju. Na masowym gastarbeiterstwie zarobiła kiedyś dawna Jugosławia, podnosząc swój poziom życia.
Ale złe, kiedy eksport młodych ludzi pozwala nam nie myśleć o systemowych zmianach na naszym rynku pracy; wyjazdy rozładowują ciśnienie, które bez tego byłoby już wybuchowe. Złe także, kiedy ten eksport rujnuje całe branże, tak jak służbę zdrowia, gdzie anestezjolodzy asystują już przy trzech operacjach naraz. Znawcy twierdzą jednak, że lekarze i pielęgniarki mogą sobie protestować, ile im się podoba, a minister Dorn może ich spokojnie wyrzucać z pracy, ponieważ na Ukrainie i Białorusi jest sporo dobrych lekarzy, którzy przebierają nogami, żeby zarabiać w złotówkach. Kiedy ostatni z naszych lekarzy zgasi światło, tamci zapalą je z powrotem.
Nie najlepsze są również moralne i polityczne skutki emigracji za pieniędzmi. Polityczne, ponieważ na emigrację zarobkową decydują się przeważnie ludzie żywsi umysłowo, bardziej cywilizowani, bardziej europejscy. Rzadziej obejmuje ona żelazny elektorat PiS i Samoobrony. O ile więc rozmiar obecnych wyjazdów z Polski zachodni komentatorzy porównują do ucieczek z krajów ogarniętych wojną domową, o tyle utrata dynamiczniejszych i odważniejszych życiowo młodych ludzi przypomina straty w materii ludzkiej, które przyniosło Powstanie Warszawskie.
Można też obecnej młodzieży szkolnej zaaplikować godziny nauczania patriotyzmu, na co nie bardzo ma ona ochotę, ale na końcu uczniowie i tak będą uważać, że najlepiej jest wyjechać z kraju, który należy kochać, miłować i być z niego dumnym na egzaminie maturalnym.
Co do naszej reprezentacji piłkarskiej to z prasy można się dowiedzieć, że najbardziej patriotycznie nastawiony jest Ebi Smolarek, który wychował się w Holandii i nigdy nie grał w żadnym polskim klubie. Inni wiedzą, że oprócz Orła Białego ważny jest jeszcze kontrakt, jaki podpisze się po mundialu. Z prasy również można się dowiedzieć plotek, że w naszej ekipie panuje atmosfera nieufności, podchodów i wzajemnych podejrzeń. Dochodzi do tego poczucie niższości i zagrożenia ze strony obcych – niemieckiej prasy, która zapomniała o Psim Polu, zagranicznych kibiców i innych szpiegów penetrujących nasze ubożuchne pomysły taktyczne.
Ale jaki klimat może panować w ekipie pochodzącej z kraju lustracji, w którym najbujniej rozwijającymi się projektami przyszłościowymi są właśnie projekty lustracyjne, planowane na lata i na setki tysięcy ludzi?
Piłkarze to nasi chłopcy, czyli my, czytają nasze gazety, żyją naszym klimatem.
Lustracja nie obejmuje jeszcze kadry narodowej w futbolu. Natomiast ma ona objąć teraz dziennikarzy i media, także niepubliczne. Będzie z tym jednak sporo kłopotu. Z kim bowiem rozmawiał korespondent, choćby sportowy, wyjeżdżając za granicę? Jak potraktować „biały wywiad”, a więc zbieranie publikowanych opinii, opisujących sytuację w kraju, z czego korzystała bezpieka?
Zastanawiam się także, co się stanie z ludźmi mediów, którym się udowodni, a może sami się przyznają, że owszem, mieli jakieś kontakty ze służbami specjalnymi?
W polityce mamy przykłady osób, które same, bez bicia, uznały się za współpracowników bezpieki, nieczyniących krzywd ludzkich, lecz służących radą, analizami, ekspertyzami itd. Nie będę pokazywał ich palcem, ale jest ich sporo, czasem całkiem szacownych.
Otóż ludzie ci, po tym stwierdzeniu, nadal korzystają z pełni praw obywatelskich, mogą być osobami publicznymi, wybierać lub być wybieranymi nawet na prezydenta, jeśli wyborcy stwierdzą, że im to odpowiada. Jest to absolutnie słuszne i zanegowanie tych praw oznaczałoby dyskryminację, której nie dopuszcza prawo europejskie. Wyborcy mogą bowiem udzielić swego poparcia, komu im się podoba, nawet osobie skazanej na więzienie, co w Polsce powinno być szczególnie przestrzegane, ponieważ w naszej tradycji politycznej droga na szczyty władzy prowadziła zawsze przez więzienie, a wielu wyrokom politycznym przypisywano charakter kryminalny.
Czy takie samo prawo będą mieli czytelnicy i odbiorcy mediów, jeśli zechcą obcować nadal z dziennikarzami zlustrowanymi negatywnie?
Ciekawe, jak sobie z tym poradzą lustratorzy. Tak ciekawe, że aż nudne.

Wydanie: 25/2006

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy