Wehikuł czasu

Wehikuł czasu

Kto pamięta lata 60. i 70., zgodzi się ze mną, że druga wojna światowa wydawała się wówczas odleglejsza niż obecnie. Obecnie czujemy się, jakby wehikuł czasu wysadził nas gdzieś w roku 1945 i los nas zmusza zająć się skutkami wojny: wysiedlać albo nie wysiedlać Niemców, dawać albo nie dawać odszkodowania przesiedlonym za utraconą własność, przyłączyć się do Wschodu czy do Zachodu itp. Dzisiejszym pokoleniom wydaje się, że istniało jeszcze wiele innych alternatyw, wyborów i opcji, ale źli ludzie, rządzący zwycięskimi mocarstwami, a także Polską, wybrali najgorzej, jak można było.
Zachodzą wydarzenia zarówno niekorzystne, jak i korzystne, przybliżające nam przeszłość, która 30 lat temu wydawała się w zasadzie przedawniona, i stopniowo układają się w opinię (opinia, jak wiadomo, rządzi światem), że powojenny porządek był głęboko niesprawiedliwy, a zatem powinien być przerobiony na sprawiedliwy.
Wehikuł czasu, który nas zawiózł w przeszłość, jest napędzany realnymi interesami, ale także ideologicznymi motywami, wśród których można rozróżnić typowo polskie urojenia. Te przybliżenia historyczne uzyskują niekiedy niespodziewany sens, gdy są chwytane w siatkę teraz panujących pojęć. Jakie pojęcie, jaka idea jest dziś bardziej umysłowo zniewalająca niż uniwersalne prawa człowieka, wszędzie wymagane, wszędzie obowiązujące, a jeżeli wszędzie, to zapewne i zawsze. Masowe przymusowe wysiedlanie ludności z ich miejsc rodzinnych jest sprzeczne z uniwersalnymi prawami człowieka – głoszą przywódcy niemieckich przesiedleńców. „Cały świat” za to potępił Serbów, NATO wydało im wojnę. Wypędza się czy przesiedla po to, aby państwo było jednonarodowe, a więc wypędzono nas – głosi Peter Glotz – w imię nacjonalizmu, co jest okolicznością bardzo obciążającą. Chęć tworzenia państwa jednonarodowego to był drugi powód bombardowania Serbii. Zasady, w imię których NATO prowadziło pierwszą i jedyną wojnę w całej swojej historii, muszą być fundamentalne, o byle co pakt obronny wojny nie wszczyna. Prawem człowieka jest też prawo do własności: komu państwo „ukradło” majątek, temu teraz musi zwrócić. Nie powiemy, że prawo własności jest święte, tylko gdy dotyczy polskich posiadaczy. Na tę świętość mają prawo powoływać się również wywłaszczeni Niemcy. Ktoś może powiedzieć i będzie miał rację, że nie rozstrzyga się tak skomplikowanych problemów jak masowe migracje w wyniku wojny totalnej czy prawomocność wywłaszczeń przez odwołanie się do ogólników. Ale właśnie opinia, jeżeli rządzi światem, jest dyktaturą ogólników. Zwłaszcza polskie społeczeństwo żyje pod taką dyktaturą. Postawione poza dyskusją, uświęcone ogólniki działają na szkodę pokoleń, które obecnie w Polsce żyją, zwłaszcza młodych i tych, które się urodzą. Jeżeli młodzi mają poważny powód, aby uciekać z Polski, to jest nim spadające na nich obciążenie w postaci różnych odszkodowań, jakie Polska będzie musiała spłacać wskutek rewizji wyników drugiej wojny światowej.
Ruina zamku w Mierzęcinie nadawała się już do rozbiórki. Znaleźli się nabywcy, którzy bardziej z sentymentu niż dla korzyści zamek odbudowali, i to z całym pietyzmem dla jego historii. W przeszłości był własnością niemieckiej rodziny von Waldow. Przedstawiciel tej rodziny widział ruinę, a potem zobaczył zamek znakomicie odbudowany. Między nim a polskimi właścicielami nawiązały się stosunki przyjazne. Udostępnił Polakom plany zamku, według których oni restaurowali budowlę. Wydawało się im, że von Waldow jest pogodzony z istniejącym stanem rzeczy. Nie dostrzegałbym w tym naiwności. Przecież prócz trochę budulca z dawnego zamku niewiele zostało, mogli uważać nowy za swoje dzieło, przynajmniej w przeważającym stopniu. Swoją gościnność wobec rodziny von Waldow posuwali daleko, zupełnie nieświadomi, co myśli i co planuje ta strona. Niemcy mogli też być mocno urażeni w swoich uczuciach. Według mojego poczucia rzeczywistości, polscy właściciele powinni przejrzeć na oczy, gdy kilkudziesięciu członków rodziny urządziło sobie spotkanie na zamku. Widocznie nie bardzo są oczytani w klasyce narodowej. „Cóż złego, że przeniosłem stoły do zamczyska? Nikt na tym nic nie stracił, a Pan może zyska, Bo przecież o ten zamek dziś toczy się sprawa. My od dzisiaj do zamku nabyliśmy prawa, I mimo całą strony przeciwnej zajadłość Dowiodę, że zamczysko wzięliśmy w posiadłość. Wszakże kto gości prosi w zamek na wieczerzę, Dowodzi, że posiadłość tam ma albo bierze”.
Nie jest to odosobniony ani rzadki przypadek, za jaki chcieliby go wziąć nasi rządzący i pretendenci do rządzenia. Nie mówię, że jest tu powód do podnoszenia głosu, powtarzania skarg i oskarżeń, które już wszystkim się znudziły. W ogóle w żadnej ważnej kwestii nie należy krzyczeć. Są sprawy, o których się nie mówi, ale ciągle się o nich myśli. I odpowiednio postępuje. My tego nie potrafimy, ale wiedzmy przynajmniej, że nasi zachodni sąsiedzi potrafią.
Jeżeli mocno starsza pani von Iks osiedla się w Polsce, zamieszkuje w skromnej chacie i hoduje kozy, nie myślmy, że ona dziwaczy, bo nie wie, co ze sobą zrobić. To może być żelazna dama, mająca więcej hartu niż pan von Waldow. Ona już chce tu być.
Państwo polskie niezmiernie osłabło. Z zagranicy nie gorzej to widać niż z kraju. Niebroniona forteca przyciąga już nie tylko napastników, ale przechodniów, którzy chcieliby tu sobie wziąć, co im się podoba. Tyle ogłoszono praw, że każdy może się na jakieś powołać.

Wydanie: 8/2004

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy