Chamstwo z cenzusem, czyli jak partyjniactwo dzieli społeczeństwo

Chamstwo z cenzusem, czyli jak partyjniactwo dzieli społeczeństwo

Powszechnie uważa się, że w PRL nie liczyły się kwalifikacje, tylko stosunek do jedynie słusznej linii, wobec czego wiele osób, szczególnie bezpartyjnych, było w różnych dziedzinach życia społecznego i zawodowego, nie mówiąc już o politycznym, dyskryminowanych. To prawda. Jedną z form oporu przed tym była solidarność różnych środowisk. Tak było np. w środowisku naukowym. Władze mogły zablokować komuś na parę lat profesurę, przeszkodzić w uzyskaniu stanowiska rektora czy dziekana, ale środowisko na ogół potrafiło to skutecznie zrekompensować pokrzywdzonemu przez władze. Im silniejsze środowisko naukowe, tym bardziej było to widoczne. Autorytet naukowy nie zależał w PRL ani od poglądów politycznych, ani od przynależności partyjnej.
Jednym z celów, o które walczyli ci, którzy chcieli wolnej i demokratycznej Polski, było to, by wreszcie ludzi oceniać wedle kompetencji, a nie wedle poglądów politycznych, prawdziwych czy udawanych.
Tymczasem dziś etykietki polityczne liczą się bardziej niż w PRL. Partyjniactwo dotarło tam, gdzie wówczas nie mogło skutecznie dotrzeć. Wiele środowisk naukowych, twórczych, zawodowych, potrafiących w trudnych czasach PRL zachować uczciwość i obiektywizm, w wolnej Polsce jest podzielonych partyjnie.
Jedno z prawniczych stowarzyszeń katolickich zaprosiło mnie z wykładem na temat nadużyć prawa. Ci, którzy wpadli na pomysł zaproszenia mnie, uznali widać, że jako teoretyk i praktyk prawa od lat kilkudziesięciu, a ponadto doświadczony swego czasu nadużyciem prawa wobec mnie, będę mógł coś interesującego na ten temat powiedzieć. Wywołało to protesty niektórych członków stowarzyszenia, na co dzień trudniących się upowszechnianiem zasad wolności i tolerancji: dlaczego zaproszono z wykładem tego komucha Widackiego?
Oczywiście moje republikańskie poglądy na zachodzie Europy byłyby uznane co najwyżej za centrowe, w Polsce jednak uchodzą za lewicowe. Ale nawet gdybym był komuchem, to co – jako komuchowi nie wolno mi się wypowiadać o nadużyciach prawa? Jako komuch ex definitione nie mogę nic sensownego na temat nadużyć prawa powiedzieć? Tylko Ziobro może na ten temat zabierać głos, opowiadając o swoich praktykach?
Nestor krakowskich historyków, prof. Aleksander Krawczuk, obchodził niedawno 90. urodziny. Była okolicznościowa feta, gratulacje przysłał nawet prezydent RP. Ale PiS-owski w swej masie, macierzysty kiedyś Instytut Historii UJ jubileusz zignorował. Nie będzie czcił profesora o lewicowych poglądach! Krawczuk – choć do partii w PRL nie należał, był swego czasu posłem SLD, więc to komuch! Prawdziwi patrioci z Instytutu Historii, który wydał z siebie Kurtykę i Zyzaka, nie będą obchodzić jubileuszu komucha! Nieważne, że uczyli się z jego książek, nieważne, że niektórych osobiście kiedyś (za PRL!) na uniwersytet przyjmował. Dziś od książek autorstwa Krawczuka wolą IPN-owskie kwity autorstwa różnych ubeków. W nich szukają natchnienia i prawdy historycznej. Co im tam jakiś Krawczuk. Chamstwo? Głupota? Podłość? Zapewne wszystko
razem.
Kiedyś w wyborach do różnych naukowych gremiów środowiska naukowe bywały odporne na podszepty i naciski władzy. Kierowały się głównie kompetencjami, dorobkiem naukowym kandydata, jego autorytetem. Na poglądy polityczne demonstracyjnie nie zwracano uwagi. Dziś podstawowym kryterium zdają się właśnie poglądy polityczne.
Nie trzeba dodawać, że najbardziej nieprzejednanymi wrogami komuchów (postkomuchów, kryptokomuchów), a także wszystkich różowych, udeków i zwolenników grubej kreski są dziś ci, którzy w PRL siedzieli cicho, niczym nie ryzykowali, wyssany z mlekiem matki antykomunizm głęboko skrywali albo jeszcze byli w przedszkolu. Ci ostatni, by użyć określenia Jerzego Pilcha, chętnie dziś opowiadają, a nawet czasem naprawdę w to wierzą, że ich przedszkole brało udział w walkach ulicznych za stanu wojennego, i z tej racji mają się za kombatantów.
Tak czy owak, smutna to konstatacja. Partyjniactwo niszczy nie tylko państwo, lecz także tkankę społeczną. Sięga w rejony, gdzie nawet w PRL miało wstęp wzbroniony. Solidarność środowiskowa ustąpiła solidarności partyjnej.

Wydanie: 30/2013

Kategorie: Felietony, Jan Widacki
Tagi: Jan Widacki

Komentarze

  1. Q
    Q 4 sierpnia, 2012, 23:22

    Nic dodać , nic ująć . I jest coraz gorzej . Poza w/w patologiami „patrioci” z PiS i okolic podzielili społeczeństwo bohatersko rozbijając się w Smoleńsku i … zwalając winę na tandem Tusk – Putin . Dalej – poszerzyli elektorat sięgając nawet do kiboli . Efekty widać . Coraz więcej politycznego szamba ! ps. Ciekawy art. w NiE o trudnościach w uzasadnieniu głupiego wyroku o „związku przestępczym o charakterze zbrojnym ” . Tutaj też szambo . A Sejm w l. 92 – 94 potrafił uznać „wyższą konieczność ” stanu wojennego !

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy