Biskup, kobieta i geje

Nerwów było co niemiara, jak w stanie wojennym: wejdą nie wejdą? W ostatnich tygodniach politycy też wróżyli: Będzie Belka premierem, li nie będzie?! Wciąż liczyli głosy, ile trzeba, żeby został, ile, żeby przepadł. Postmillerowcy, zwani umownie obozem rządzącym, liczyli, że wystarczy im głosów, o ile poprą ich ci i owi. W tej intencji jako wierzący lewicowcy, co walczyli o preambułę jak lwy o ciała pierwszych chrześcijan, odprawiali nowennę. Prawica zaś nadęła się do granic możliwości, udając, że nie chce Belki, a pragnie wcześniejszych wyborów jak emeryt viagry. A po cichu liderzy dawali na mszę i wieszali złote wota, by przypadkiem nie spełniło się to, czego oficjalnie żądali.
Dobry Bóg wysłuchał jednych i drugich, dodatkowo litując się nad narodem. Tak więc Belka podpiera zarysowany strop i MY NARÓD, jak mawiał Wałęsa w Ameryce, możemy odetchnąć.
MY NARÓD spędzaliśmy masowo czas przed telewizorem, jak mój ulubiony bohater, Ferdek Kiepski, „oglądaliśmy mecza, popijając browara”, choć naszych na boisku nie było.
Od czasu do czasu czytaliśmy nekrologi, by dowiedzieć się, kto umarł. Dlaczego umierają tacy porządni ludzie jak Kaczmarski i Kuroń? Pytanie pozostaje bez odpowiedzi.
Wielu paskudnych polityków zębami zgrzytało, zazdroszcząc mu ludzkiej sympatii, a niekiedy miłości. To była klasa sama w sobie. Jeden i drugi nikogo nie nienawidził. Nie będę pisała peanów, bo Kuroń jaki jest, każdy widzi. No, może nie każdy. Uszy przecierałam ze zdumienia, słysząc w TV wypowiedź Antoniego Macierewicza w dniu śmierci Kuronia. Razem przecież KOR zakładali, Macierewiczowi nikt nie może odmówić odwagi, ale w tej wypowiedzi, w dniu śmierci kolegi z konspiry, przekroczył granice przyzwoitości. Mówił, że owszem, odważny był to człowiek, ale s z k o d z i ł P o l s c e.
Od niemowlęctwa byłam uczona, że o zmarłych mówi się dobrze albo wcale i czasami gdy jakaś kanalia się przekręciła, aż mi gulgotało w krtani, żeby wyrazić radość z powodu zgonu, ale rodziciele straszyli, że może się zdarzyć, iż Bóg wymierzy doraźną sprawiedliwość, jak w teatrze greckim, strzelając piorunem. Toteż na piorun czekałam, ale się nie doczekałam. Bóg milczał, bo co mógłby powiedzieć?
Kuroń nigdy nie szkodził Polsce, robił zawsze to, co w danym momencie historycznym mógł zrobić. Mógł się czasami mylić, ale był do obłędu uczciwy i za to kochają go ludzie, i jak widać nienawidzą politycy oraz jacyś walący zza węgła internauci, ale to już całkiem inna bajka, frustratów nie sieją, sami się rodzą, a każdy ma prawo żyć.
Reakcje po śmierciach bywają różne. Pamiętam, gdy odszedł wspaniały człowiek, który był księdzem, a mianowicie Józef Tischner, jak bardzo zdziwił mnie tekst biskupa Życińskiego, który krytykował zmarłego, za to, że ten, będąc ciężko chory, odebrał wysokie odznaczenie państwowe przyznane przez prezydenta. Napisałam nawet na ten temat felieton, bo byłam wstrząśnięta reakcją jednego z najinteligentniejszych ludzi Kościoła. Nie zrozumiał zachowania Tischnera jako wskazówki, że należy po chrześcijańsku wybaczyć? Pojednać się?
Biskup Życiński nie odezwał się wówczas; dowartościowana zostałam dopiero teraz, gdy wypowiedział się na mój temat, bo i on jest felietonistą. Pisuje w „Rzeczpospolitej”. Chodziło o to, że mówiłam o braku tolerancji, i obśmiałam prezydenta Kaczyńskiego za strach przed paradą gejów, co zostało odebrane jako mój brak tolerancji na brak tolerancji. Cóż za sofistyka! Ja nie mówię, że ktoś ma pokochać gejów, ale bicie i prześladowanie jest niedopuszczalne. Zdziwiło mnie też stanowisko w tej sprawie prof. Zolla, który nie sądzi, „by homoseksualiści byli dyskryminowani, ponieważ do jego urzędu nie przychodzą skargi na ten temat”. Toż to czysty Zoszczenko!
Jego Eminencja nie posunął się do tego, by wymienić moje nazwisko. Przecież tej rangi biskup nie może wdawać się w polemikę z kobietą, która jako taka jest pełnomocniczką diabła na ziemi. Vide Ewa, jabłko, wąż i niewinny Adamek, któremu przez konstrukcję z żebra jabłko stanęło i do dziś stoi. W gardle.
Zidentyfikować mnie raczył ksiądz biskup, z wielką troską pisząc, za co składam mu szczere Bóg zapłać, że chodzi o pisarkę chorą na raka i że nie odpowiadał mi wcześniej, bo dowiedział się o mojej ciężkiej chorobie. Niedługo będzie w krzyżówkach pojawiało się hasło, chora na raka pisarka, pięć liter. Chciałam zauważyć, że nic się nie zmieniło od tamtej pory, bo żebym poczuła się wyleczona, powinno minąć pięć lat, a upłynęły dopiero cholerne dwa, więc nie mówmy tu o oszczędzaniu kogokolwiek, bo ani tego nie potrzebuję, ani też nie oszczędzam nikogo w felietonach, nawet biskupów, szargam świętości i autorytety. Takie są prawa felietonu.
„Rzepa” wciąż poświęca mi drogocenne miejsce na łamach. A to moja książka była na liście bestsellerów – a nie wszystkie gazety umieszczają książki nielubianych autorek! – a to znów Maciej Rybiński opisze. Najpierw doniósł na samego siebie, że z wypiekami na twarzy czytuje „Życie na Gorąco” i „Galę”, i że, wciąż z wypiekami, oglądał „zdjęcia ministra Kalisza w smokingu, rozmawiającego przy bufecie charytatywnym (tanie obiady dla inteligencji) z Krystyną Koftą w sukience”. Nie oglądałam fotografii, nie chadzam na bale charytatywne, dawno niestety nie widziałam ministra Kalisza, a co do stroju, to na paradzie gej-les moglibyśmy z min. Kaliszem wystąpić jako sympatycy: ja w smokingu, on w sukience. A w czym Maciej Rybiński? W czapce niewidce?

Wydanie: 28/2004

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy