Krótki kurs

Bądźmy sprawiedliwi.
Teraz, kiedy rządy PiS odchodzą w dal, choć – przyznać trzeba – PiS wycofuje się jak dobrze zorganizowana armia, pozostawiając za sobą liczne pola minowe, zasadzki i zerwane mosty, które utrudnią życie zwycięzcom, wypadałoby wspomnieć o ich zaletach.
Są to zalety szczególnego rodzaju, ale trzeba je zauważyć. A dotyczą one dziedziny, którą nazwałbym klarownością ideową.
Otóż po transformacji ustrojowej w Polsce, a więc od 18 już lat, niezależnie od zmian partii i ekip rządzących dominującym klimatem w Polsce był klimat ideowej czy też programowej niejasności. Nie wiadomo było w istocie, w którą stronę zmierzać ma nasz kraj, jaki model stosunków społecznych, gospodarczych i politycznych uważamy za pożądany, w którym też miejscu jesteśmy. Tę niejasność przerywały jedynie od czasu do czasu płomienne inwektywy antykomunistyczne, wygłaszane zresztą z równą łatwością przez obie strony, prawicę i lewicę („Jedna jest tylko rzecz głupsza od komunizmu – mawiał przed laty ojciec polskiego rewizjonizmu, Władysław Bieńkowski – jest to antykomunizm”), i równie płomienne zaklęcia proamerykańskie i proeuropejskie, także powtarzane przez wszystkich. Nie można się jednak temu dziwić w kraju, gdzie ustrój socjalistyczny wraz z jego rozbudowanym systemem opiekuńczym wobec klas pracujących obaliła sama klasa robotnicza, a lider „postkomunistycznej” socjaldemokracji powtarzał, że „rynek ma zawsze rację”.
Na tym tle więc partia braci Kaczyńskich jako pierwsza wystąpiła z jasnym i konsekwentnym programem polityczno-ideowym. Był to program narodowo-katolicki, skrzyżowany z narodowym socjalizmem. Dla Kaczyńskich, o czym mówili wielokrotnie, najwyższą wartością był naród, a istotą narodu i podstawą jego etyki był katolicyzm. Ten program wspierać się miał nie na elitach intelektualnych czy finansowych, te bowiem zhańbiły się kolaboracją z antynarodowym komunizmem lub też okradały naród, złożony z prostych, bogobojnych ludzi, lecz właśnie na tych prostych ludziach i ich rodzinach. W tym też tkwił pierwiastek socjalistyczny, ludowy.
Oczywiście, że ten program okazał się w praktyce odrażający, nie mogło być inaczej. Nie można jednak także wytknąć PiS, aby w jakiejkolwiek sprawie od niego odstępowało, zdradzało go lub kluczyło. Przeciwnie, wszystko, co robiło – lustracja, dekomunizacja, reformy wprowadzane do systemu oświaty i kultury, polityka zagraniczna – antyeuropejska i oparta na tradycyjnej doktrynie dwóch wrogów – polityka rodzinna, wreszcie praktyka kadrowa, oparta na wiernych wodzowi pretorianach, wszystko to wynikało jasno i czytelnie z przesłanek ideowych.
Społeczeństwo polskie w ostatnich wyborach zmobilizowało się jak rzadko, aby odrzucić ten program, tyleż nieznośny, co anachroniczny. Programy takie bowiem funkcjonowały przed II wojną światową, ale nigdy już po niej, kaczyzm czynił z nas więc historyczny dziwoląg. Ale też po raz pierwszy od wielu dziesięcioleci społeczeństwo nasze wciągnięte zostało w autentyczny spór ideowy, zobaczyło politykę nie tylko jako mniej lub bardziej zręczną pragmatyczną grę interesów – elementy takiej polityki pojawiły się już za czasów Gierka – lecz jako zderzenie postaw społecznych i światopoglądowych.
Rezultatem tego stał się wybór Platformy Obywatelskiej, którą uznano za partię liberalną. Uznano, chociaż liberalizm Platformy jest wątpliwej próby. Jest ona liberalna w swojej wierze w rynek, w prywatyzację, w zbędność państwa w gospodarce, w preferencji dla klas posiadających, czego wyrazem jest podatek liniowy, w teorii „jednego okienka”, przy którym przedsiębiorca będzie załatwiał wszystkie swoje interesy z państwem, przez co zbawi gospodarkę polską. Nie jest jednak liberalna w sferze obyczajowej, gdzie odrzuca europejską Kartę Praw Podstawowych jako zbyt wolnościową, a także obiecującą zbyt wiele klasom pracującym, nie jest liberalna w zakresie laicyzacji państwa i oddzielenia go od Kościoła, nie jest też liberalna w kwestii narodowej, gdzie demonstruje raczej tradycyjny konserwatyzm. Zresztą dzisiaj trudno jeszcze pokazać wszystkie punkty, w których program Platformy mija się z tradycyjną formułą liberalizmu, ponieważ w kampanii wyborczej Donald Tusk powiedział tak wiele i naobiecywał wszystkim wszystko, że oddzielenie tego, co jest istotą, od tego, co jest wyborczym pudrem, wydaje się jeszcze niemożliwe.
Widać natomiast już teraz, jak ów program liberalny, mimo że koślawy, ma się do rzeczywistości społecznej.
Tusk bowiem mimo swego wdzięku nie ma tyle szczęścia, ile mieli Kaczyńscy. Ich rządy całkiem przypadkowo zbiegły się ze światową i polską hossą gospodarczą i szerokim napływem do Polski unijnych pieniędzy – jego rozpoczynają się od spowolnienia polskiej gospodarki i rysujących się jej cech inflacyjnych. Daje też do myślenia fakt, że dojście do władzy partii liberałów nie tchnęło optymizmu w warszawską giełdę, która robi bokami, a małe i średnie spółki, a więc te od „jednego okienka” właśnie, lecą wręcz na mordę. W skali światowej zaś najwięksi mędrcy z Greenspanem na czele widzą już za rogiem recesję.
Kaczyńscy przewlekali też decyzje społeczne, wynaleźli również igrzyska kryminalno-lustracyjne i historyczne, aby odwrócić uwagę społeczną od chleba. Tusk zaś jest przy ścianie. Musi coś zrobić ze służbą zdrowia, która nie ustąpi, musi coś zrobić z nauczycielami, którzy za chwilę wystąpią o swoje płace i prawa, za nimi zaś z pewnością pójdą inni. Za chwilę też okaże się, że liberalne hasło prywatyzacji jako powszechnej recepty na wszystko nie działa, bo nie da się sprywatyzować wszystkich szpitali, szkół i uczelni, nie działa także liberalne hasło „jak najmniej państwa”, bo to państwo jednak musi na razie rozwiązać rozpalające się konflikty społeczne.
Zestawienie retoryki liberalnej z rzeczywistością społeczną XXI w. będzie następną lekcją, którą odbiorą Polacy. Od Kaczyńskich nauczyliśmy się, jak wygląda w praktyce konsekwentny kurs narodowo-katolicki. Od Tuska zaś dowiemy się zapewne tego, o czym mówią już od dawna poważni ekonomiści, że program liberalny jest dziś tak samo anachroniczny jak program narodowo-socjalistyczny. Jeden brylował przed wojną, drugi zaś od lat 70. XX w., kiedy walić się zaczął świat dwubiegunowy i Ameryka jednostronnie narzuciła światu swoje reguły gry.
Przechodzimy ten kurs współczesnych doktryn w skróconym tempie, co jest nieco męczące. Ale korzyścią z tego jest przywrócenie pojęcia o polityce nie tylko jako o hazardzie spryciarzy, często podających sobie karty pod stołem, lecz jako o poważnej dziedzinie życia, w której liczą się dalekosiężne programy, ponieważ z nich wynikają praktyczne, dolegliwe konsekwencje.
Chociaż brzmi to śmiesznie, na ten aspekt polityki skierowali uwagę społeczną Kaczyńscy. Dzięki im za to, ale już wystarczy oczywiście.

Wydanie: 49/2007

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy