Nasza wojna

Kuchnia polska

Przed kilkoma dniami media zaniepokoiły nas, że wobec „dziury budżetowej” i cięć w wydatkach państwowych Polska, być może, nie będzie w stanie wykonać swoich zobowiązań wobec NATO, a więc nakupować odpowiednich samolotów, samochodów pancernych i innych gadżetów, które – zdaniem NATO – są nam niezbędnie potrzebne. Wprawdzie gen. Koziej w artykule w „Gazecie Wyborczej” dość przekonująco wyjaśnia, że zamiast kupować i donaszać po starszych braciach, Amerykanach czy Niemcach, ich używany sprzęt, lepiej inwestować w nowoczesne technologie wojskowe i może nawet robić je u siebie, w sumie jednak wszystko skończyło się dobrze i środki na broń muszą się znaleźć.
Polacy zawsze byli honorowymi sojusznikami i jestem pewien, że gdyby miało zabraknąć nam pieniędzy na zobowiązania sojusznicze, minister Szmajdziński gotów jest w każdej chwili osobiście rzucić się do Elstery jak książę Józef.
Te kłopoty z wojskowością przypominają nam jednak o toczącej się przecież cały czas wojnie z terroryzmem, której jesteśmy uczestnikami, i to w stopniu większym, niż nam się wydaje. Przekonały nas o tym władze Warszawy, odwołując w tym roku uliczne zabawy sylwestrowe i argumentując to obawą przed terrorystycznym zamachem Al Kaidy. W noc sylwestrową tłumy bawiły się na ulicach nie tylko w Krakowie, ale nawet na Times Square w Nowym Jorku, okazuje się jednak, że Warszawa jest miastem frontowym, w którym muzułmańscy ekstremiści czają się za każdym węgłem. Skoro tak, to mamy prawo zastanowić się także nad obecną sytuacją w wojnie z terroryzmem.
Otóż wygląda ona dość osobliwie. Wojska koalicji antyterrorystycznej zbombardowały już doszczętnie Afganistan, tak że w tym zrujnowanym kraju nie pozostał już dosłownie kamień na kamieniu. Powodem tych bombardowań – jak coraz słabiej pamiętamy – był zamiar trafienia w Osamę bin Ladena albo też, po złamaniu oporu talibów, schwytanie go żywego lub martwego. Tymczasem po całej tej masakrze Osama bin Laden ulotnił się jak kamfora. Znawcy twierdzą, że mógł on przekupić oblegających go przeciwników albo też poddał się operacji plastycznej zmieniającej jego wygląd i nie można wykluczyć, że przechadza się obecnie jako wysoka blondynka po Piątej Alei w Nowym Jorku.
Żeby wymknąć się jednak oblegającym Amerykanom, nie trzeba aż takich zabiegów. Drugi w kolejności „most wanted man” w Afganistanie, szejk Omar, za którego głowę można zarobić 10 mln dolarów (Osama kosztuje 25 mln), wyjechał podobno na motocyklu ze swej kryjówki pomiędzy oblegającymi wojskami i tyle go widzieli. Potwierdza to raz jeszcze niezawodne działanie wywiadów wojskowych i cywilnych, które już wcześniej, jeszcze przed 11 września, dały dowód swego niedołęstwa.
Wywiady te zresztą także podczas bombardowań Afganistanu wzbogaciły znacznie rejestr swoich sukcesów. Najpierw więc zbombardowano konwój samochodowy, zabijając ponoć 60 osób, w przekonaniu, że jest to ważna jednostka wojskowa, później zaś, już po fakcie, okazało się, że tymi zbombardowanymi byli afgańscy przywódcy jadący właśnie do Kabulu, aby poprzeć wyłoniony w wyniku międzynarodowych pertraktacji demokratyczny rząd Afganistanu. Kilka dni później niezrażeni tą pomyłką wywiadowcy zalecili zbombardowanie jakiejś afgańskiej wioski, gdzie zabito sto mniej ważnych osób, głównie dzieci i kobiet, natomiast nie znaleziono tam ani jednego z terrorystow, którzy rzekomo mieli tam swoją bazę.
Można powiedzieć, że na wojnie zawsze panuje bałagan, jest mnóstwo łomotu i strzelaniny i dopiero później okazuje się, kto wygrał, a kto przegrał i rysuje się niesłychanie precyzyjne i eleganckie mapki przemyślnych ruchów strategicznych, których pełne są wszystkie podręczniki wojskowości.
Nie lepiej powodzi się nam jednak w walce na terenie cywilnym. Nie tak dawno prasę obiegła wiadomość o angielskim dziennikarzu, który kilkakrotnie nieniepokojony przez nikogo wsiadał i wysiadał z różnych samolotów na lotnisku Heathrow w Londynie uzbrojony w serię plastikowych noży, z których każdy mógł stać się narzędziem zbrodni i terroru. Pomysł ten Anglik zerżnął najwyraźniej z naszego „NIE”, które tuż po zamachu na WTC wypuściło na miasto dwóch gości przebranych za terrorystów, w „arafatkach” na głowie. Ludzie ci odwiedzali hotele typu Marriott, pełne cudzoziemców, a nawet bodaj konsulat amerykański, gdzie wreszcie zatrzymano, ale nie ich, lecz fotografa robiącego im zdjęcia. Pewnie dlatego, że naruszał ich prywatność.
Na tym tle nie może dziwić ostatnie wydarzenie wojny z terroryzmem, to mianowicie, że 15-letni chłopiec na Florydzie ukradł z lotniska mały samolot i wbił się nim w jakiś budynek, na szczęście pusty, chcąc zabawić się w terrorystycznego zamachowca. Podobno z młodocianym samobójcą starano się nawiązać łączność radiową, ale co było robić, skoro nie odpowiadał na sygnały, a także goniły go jakieś dwa samoloty wojskowe, lecz nie dogoniły.
Od czasu do czasu czytam w gazetach, że w ramach wojny z terroryzmem rozważa się obecnie ewentualne zbombardowanie Iraku. Bombardowanie Iraku jest już poniekąd czynnością rutynową, mamy to przećwiczone wielokrotnie, poza tym widać wyraźnie, że wojna z terroryzmem znacznie lepiej wychodzi nam z powietrza niż na lądzie. Pozostaje tylko pytanie, czy naprawdę warto inwestować w tak prowadzoną wojnę?
Wątpliwości te słyszy się coraz częściej w krajach europejskich. Mówi się tu nawet o czymś w rodzaju podziału pracy pomiędzy Europą a USA, w którym Amerykanie mieliby się zajmować nadal atakowaniem i bombardowaniami, zaś Europejczycy mieliby się zastanowić, jak w sensie bardziej długofalowym rozwiązać narastające konflikty między Południem a Północą, biednymi i bogatymi, islamem i chrześcijaństwem. To znaczy, zająć się tą całą robotą, bez której 15-letniemu chłopcu z Florydy o nadmiernie może podrażnionej wyobraźni bardziej imponują terroryści dokonujący zbrodniczych, desperackich ataków niż ci, którzy starają się znaleźć Osamę bin Ladena w korcu maku, na wszelki wypadek prując cały worek i jeszcze kilka okolicznych.
Jeśli taki podział pracy by nastąpił, jest to – moim zdaniem – jeszcze jeden argument, dla którego powinniśmy spieszyć się do Unii Europejskiej, a nie tylko do NATO.

 

Wydanie: 2/2002

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy