Wolna Europa

Wolna Europa

Mam mieć wieczór autorski w Stowarzyszeniu Radia Wolna Europa, w Radio Café. W ciągu dziewięciu lat zorganizowano tu wiele debat i spotkań, także dotyczących najważniejszych zagadnień transformacji ustrojowej w Polsce. A teraz wieczór przypominający moje teksty pisane w drugim obiegu, głównie w latach 80. Sam bym nie wpadł na taki pomysł. Oddalił się ode mnie tamten czas, a wielu swoich ówczesnych wierszy politycznych po prostu nie lubię. Wydaje mi się, że odeszły razem z emocjami tamtych lat. A ten klerykalno-narodowy nurt, który teraz nas zalewa, miał już wtedy mocne przyczółki. Pójdę więc na to spotkanie niewolny od obaw, ciekaw, co się obroni artystycznie z tamtego mojego dorobku. A co do samej Wolnej Europy, niektórzy żartują, że jak tak dalej pójdzie, rozgłośnia się odrodzi i znowu będziemy jej słuchać.

Szum zagłuszarek Wolnej Europy kołysał mnie do snu, gdy byłem dzieckiem. Bo rozgłośnię zaczęto szybko zagłuszać. Najpierw rzeka zgiełku płynęła z gabinetu ojca, potem miałem już swoje radio, które tuliłem do poduszki lub stawiałem obok łóżka na podłodze.

Walka ucha z zagłuszarkami to była ciężka praca, którą w PRL wykonywały miliony ludzi w miastach i na wsi, co wieczór, przez tyle lat. Niektórzy łapali BBC i Głos Ameryki, ale Wolna Europa była bezkonkurencyjna w ilości informacji oraz w sile argumentów i w skali emocji. Szczególnie podczas wielkich wydarzeń międzynarodowych czy dramatów wewnętrznych ucho milionów ludzi powiększało się do ogromnych rozmiarów, a zagłuszarki wytężały swoje płuca i wyły niemiłosiernie. Dom pisarzy przy ulicy Iwickiej w Warszawie, gdzie mieszkałem z rodzicami, trząsł się od zgiełku, a słuchacze natężali się, by dosłyszeć słowa. Słuchał pisarz i poseł na Sejm Bohdan Czeszko, jak pisarze z tego domu są już zbuntowani wobec systemu. Słuchał radia nasz dozorca Badowski z żoną, by w późniejszych latach wychwytywać, nie bez dumy, nazwiska niektórych mieszkańców domu, nad którym mieli pieczę.

Piętro wyżej nad nami, ale po drugiej stronie korytarza, na swoim czarnym pionierze walczył z zagłuszarkami pan Rak, palacz w ambasadzie amerykańskiej, potem konwojent samochodowy, pracownik Stowarzyszenia Handlu Owocami i Warzywami. Codziennie wieczorem w mieszkaniu tuż nad naszymi głowami mocował się z Wolną Europą łysy ojciec pani Ireny, wdowy po pisarzu Adolfie Sowińskim, przygłuchy, dlatego zwany w naszym domu Głuszcem. Jego odbiornik huczał najpotężniej, stając się utrapieniem dla sąsiadów.

Pamiętam ojca, jak ciskał się po pokoju wściekły, że czasami nie może się przebić przez wycie zagłuszarek. Były okresy, kiedy Wolna Europa stawała się szczególnie ważnym źródłem informacji, a też poczucia solidarności przeciwników ustroju. W roku 1956, w 1968 czy w 1970. W latach 80. odkryto, że tranzystorowe radzieckie radio Spidola jest odbiornikiem wyjątkowo przychylnym Wolnej Europie. I zrobił się wielki popyt na te aparaty. Stałem się jego posiadaczem.

Minęło wiele lat, tuż przed wielkim przełomem jestem w roku 1988 w Monachium i odwiedzam słynną rozgłośnię (byłem drugim przybyszem z kraju, który zrobił to jawnie, wystąpił tam i wracał do kraju). Ze wzruszeniem przekroczyłem mityczne progi. W sali odpraw oklaskami powitał mnie zespół radiowców, odkryłem wśród nich kolegę ze studiów. I to, że głosy są zwykle ładniejsze od ludzi. Mówiłem potem do kraju ze studia, z miejsca, z którego płynęły przez lata słowa, których tak pilnie słuchałem. Było to jakby przejście na drugą stronę rzeczywistości.

Ta moja maniacka skłonność do angażowania się politycznego, tam gdzie zagrożona jest wolność słowa i ducha, to jakiś rodzaj pasji, gen polityczny. I mam go po ojcu. Rok 1956 to polski Październik, ale też powstanie na Węgrzech. Pamiętam, jak ludzie chodzili oddawać krew dla Węgrów. Na dziecku ta krew robiła wielkie wrażenie. Ojciec głęboko przejęty notował wtedy w dzienniku: „Czym jest ten duch, który każe mi cierpieć z powodu cierpienia innych, który zabiera mi oddech, gdy dzieje się zbrodnia taka jak ta, dokonana z milczącym niemal przyzwoleniem świata na Węgrzech. Solidarność z przeszłymi i przyszłymi pokoleniami, świadomość, że życie moje nie skończy się ze śmiercią moją. Tymczasem polska prasa milczy o Węgrzech. Ten smród zbrodni bije pod niebo. U nas spisek milczenia wokół zamordowanego narodu węgierskiego”.

To ważne słowa – „świadomość, że życie moje nie skończy się ze śmiercią moją”. Że prawo moralne jest we mnie, jak gwiazdy na niebie. Taka skłonność do społecznego angażowania się bywa jednak czasami niebezpieczna. Pomogło to ojcu w zaangażowaniu się w stalinizm, któremu dał się uwieść. Później do końca swoich dni próbował odpokutować, jak potem mówił, ten największy grzech swojego życia.

To wszystko minęło i teraz mamy inne problemy, ale one również ogniskują się wokół naiwnej wiary, cynizmu, podłości i zwykłej ludzkiej przyzwoitości. O tym jednak nie będziemy pisać teraz politycznych wierszy. Czas nie jest poetycki.

Wydanie: 18/2016

Kategorie: Felietony, Tomasz Jastrun

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy