Pierwsze Powstanie Warszawskie

Pierwsze Powstanie Warszawskie

Nigdy nie mogłem zrozumieć, a może precyzyjniej byłoby powiedzieć: nie podzielałem przekonania, że jeśli chodzi o historię, to jakąś istotną rolę odgrywają tzw. okrągłe rocznice, te krążące wokół liczby 10 i jej wielokrotności czy 100 i jej pomnażalnych wersji. Historia to postrzępiony, niejednorodny i nierozstrzygalnie przypadkowy lub koniecznościowy splot dramatycznych scen, wydarzeń, wyborów, pomyłek i zbiegów okoliczności, nieokiełznany żywioł ludzkiej przemocy, władzy, chęci przeżycia. Dlaczego akurat patyna dziesiętnic miałaby dokładać do nich wartość? Potęgować zrozumienie niezrozumiałego? Łagodzić ostrość, wyciszać huk?

Mimo to, kiedy w 1993 r. przypadała „okrągła” (szczególnie w wypadku tego wydarzenia słowo to wciąż z trudem przechodzi mi przez gardło i palce na klawiszach), 50. rocznica wybuchu Powstania w Getcie Warszawskim, pisałem okolicznościowe kilkadziesiąt zdań wstępu do numeru pisma, w którym wtedy pracowałem. Użyłem w tym króciutkim tekście właśnie tego sformułowania: „Pierwsze Powstanie Warszawskie”; byłem pewien, choć nie prowadziłem w tej sprawie kwerendy ani poszukiwań źródłowych, że nigdy wcześniej z taką formułą odnośnie do walk z kwietnia i maja 1943 r. się nie zetknąłem, nigdzie takich słów nie czytałem i mam nieodpartą potrzebę właśnie takiego ich wypowiedzenia. Nie chciałem, nie mogłem, ale też nie musiałem się pogodzić z obowiązującym językiem historycznej opowieści, że Warszawskie było tylko to z 1944 r., to „polskie”, akowskie, straszliwe w skutkach dla mieszkańców i miasta. Powstanie, o którego sens będziemy się spierać już zawsze, którego ocen nie da się wyważyć, którego hekatomby nie daje się opisać, nawet gdybyśmy mieli tu 100 jego muzeów (które na dodatek usiłowałyby nam powiedzieć, że Powstanie to nie młodość, honor, miłość, odwaga i bój o Polskę, ale strach, smród, krzyk, krew, walące się piwnice z setkami ukrytych przed bombami cywilów, to śmierć dzieci, samotność matek, bezradność starszych).

Zastanawiałem się wtedy, dlaczego walczącym ponad rok wcześniej bojowcom ŻOB i ich walce odebrano w milczeniu, bez żadnego dekretu warszawskość, wszak to Warszawa była miejscem życia, walki i tym skrawkiem ziemi, gdzie nastąpił koniec świata warszawskich Żydów, obywateli Polski. Przed wybuchem wojny co trzeci warszawiak, warszawianka byli Żydami. Wyznaczony przez hitlerowców obszar getta nie przestał być Warszawą, dopóki nie przestał być w ogóle. Ruiny getta zapowiadały los, jaki spotka całe miasto, ale ostrzegając, nie przestrzegły przed nim.

Oczywiście w tej konstatacji, że było to Powstanie w Getcie, jest jeszcze coś. To była walka samotna, bez wsparcia, bez realnego udziału polskiego podziemia i przy obojętności lub niekiedy jawnej wrogości mieszkańców.

To był wybór rodzaju śmierci. To był sposób umierania. To było dwa tygodnie biegania po dachach i piwnicach, po gruzach, po resztce świata, po miejskiej pustyni zamordowanego narodu. Marek Edelman, jeden z przywódców Powstania, który swojej pamięci nigdy nie opatulał patosem, powiedział kiedyś, że „ludzkość umówiła się, że umieranie z bronią w ręku jest piękniejsze niż bez broni. Podporządkowaliśmy się tej umowie”.

Pamiętam, że kiedy czytałem później po raz pierwszy, że ci z Powstańców Getta, którzy ocaleli, ukryli się, nie zostali zadenuncjowani i wydani Niemcom, walczyli potem w Powstaniu w 1944 r., ale jak m.in. Edelman nie mogli pójść po kapitulacji do niewoli, bo nawet ich akowscy dowódcy nie byli w stanie im zapewnić, że inni Powstańcy ich nie zdemaskują przed Niemcami jako Żydów – to byłem pewien, że Warszawa jest Powstańcom z Getta coś winna, być może choć słowo Warszawskie przy ich Powstaniu. I chociaż samo to słowo nie miało i nie ma znaczenia dla wszystkich zamordowanych w piecach Treblinki, Auschwitz, rozstrzelanych na ulicach, w egzekucjach czy podczas zabaw snajperów, spalonych, zbombardowanych – jedyne, co możemy naszą pamięcią zrobić, to składać w milczeniu słowa, nieliczne, bezradne, bezbronne.

Po opowieści o walkach w getcie przetoczył się też w ostatnich latach walec polityki historycznej. Żonglowano nazwami ulic, zabierając i nadając nowe, niesłusznych patronów zamieniano na bardziej akceptowalnych. Rugowano z historii ŻOB dominującą lewicową reprezentację formacji politycznych (Bund, Cukunft), powoływano często siłą wyobraźni inne, nieistniejące byty.

Mam też głębokie przekonanie, że z każdym rokiem znaczenie walk w getcie w 1943 r. będzie ważniejsze do zrozumienia, czym Warszawa była – i dlaczego taka. Dlatego nie chcę się pogodzić z gettoizacją pamięci o tamtym zbrojnym oporze wobec hitlerowskich faszystów. I mimo częstej bezradności nowoczesnego, liberalno-demokratycznego (nawet tak przeformatowanego na prawo jak w ostatnich latach) państwa wobec manifestujących na warszawskich ulicach zwolenników skrajnej prawicy, obnoszących się ze stylistyką i symboliką ruchów faszystowskich – nigdy nie będzie na to zgody.

Warszawa musi być wolna od faszyzmu. To jesteśmy winni ginącym w samotności. Wszystkim, wtedy. My, na zawsze.

Wydanie: 16/2019

Kategorie: Felietony, Roman Kurkiewicz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy