Ilu Polaków pożre pyton tygrysi?

Ilu Polaków pożre pyton tygrysi?

Uwielbiam ten moment, kiedy w coraz gorętsze lipcowe dni (a co tam gorąco, lato jest, musi być gorąco, dobrze, że gorąco, to do Egiptu nie trzeba jechać, olinkluziw se można zrobić pod oknem i na balkonie) pojawia się ON, temat, potwór, stwór, dziwo, OBCE nad obcymi, straszne i groźne, czyhające na niewinnych Polaków, ich życie, cześć i honor, a także, co może być jednak zaskoczeniem, ciała. W tym roku jest nim pyton tygrysi, co to wyrzucon w okolicach Konstancina-Jeziorny, matecznika polskich miliarderów, płynie dzielnie nocami rozgrzaną Wisłą (a co tam, lato jest, musi być ciepło), wylinkę pięciometrową zrzucił, na bobra Polaka się zasadził, co widział wędkarz, też Polak, i policjant polski też ponoć widział, i na drugi brzeg przehycnął już ten gad przebiegły. Pyton-Putin jest po swojej stronie Wisły i Polakom, czyli Polsce, zagraża.

Och, jakże się myli ten (i ta), który uważa, że sprawa pytona to klasyczny temat sezonu ogórkowego, że trzeba zapchać serwisy naokrągłowiadomościowe, że wakacje żądają atrakcji, że strach jest najpiękniejszą z polskich letnich emocji, że pyton może to i owo, bo może mieć nawet 6 m i 50 kg. No żeż, potwór przebrzydły, wijący się i bezskrzydły, podstępnie skrywający się w wodach naszej królowej rzek. A sprawa jest polityczna, i to wielowymiarowo. I kulturowa. I religijna. I samorządowa. Ale po kolei.

Sami patrzmy: pojawia się pyton (tygrysi, to niebagatelne, nie żaden zajęczy, lisi, kurzy czy nawet owczy – nie, TYGRYSI! – najstarsi jeszcze pamiętają, jak na początku transformacji tygrys uciekł, a na Żeraniu w Warszawie podczas pościgu policjanci zastrzelili weterynarza, który miał tygrysa uśpić) i w jednej chwili kwestia Sądu Najwyższego znika, pani prezes Gersdorf znika (tylko na urlop), bo pojawił się pyton. Znika groźba strajku generalnego budżetówki: pielęgniarek, policjantów, nauczycielek, bo zjawił się pyton.

Pyton staje się realnym problemem i wyzwaniem dla tzw. służb: strażaków, policjantów, wojsk obrony terytorialnej, co prawda nieuzbrojonych, ale licznych i wiernych. Pyton zagraża Polsce, bo może kogoś pożreć. Ale ilu Polaków może pożreć ten pyton? Jednego? Dorosłego jednego, ale dzieciaków to choćby i dwoje. No i właściwie co z tego? Co tydzień w wypadkach ginie kilkadziesiąt osób, dziesiątki toną, tysiące umierają z powodu zanieczyszczenia powietrza i smogu, inni, bo nie dojechała karetka. Czymże straszniejsza jest groźba śmierci pojedynczego Polaka zadanej przez pytona od tamtych innych śmierci?

Jak to czym?

W przypadku tamtych potrzebny jest przemyślany, długofalowy wysiłek, mądre przepisy, praca nad realnymi zmianami. Ale to trudne, pracochłonne, wymagające czasu i środków. Lepiej więc pytona gonić. I jak już zostanie dogoniony i zabity (żeby nie zastrzelić znowu weterynarza…), to postawią na nim nogę, na tym wężym łbie, premier i minister od policji, ministrowie wojska i sprawiedliwości, i to pokażą w „Wiadomościach”, a najlepiej, żeby to było na Jasnej Górze, bo to symbol zwycięstwa Chrystusa Polaka nad wężem, co grzech pierworodny na ludzkość sprowadził, jabłkiem częstując. A Polska wszak już piórem premiera Morawieckiego zawierzona i Jezusowi, i jego czarnej matce z Częstochowy. Smoka pokonać to jakby lepiej nawet, niż ten mundial wygrać. W tym roku też Polacy nie wygrali? No cóż, to rzuca nowe światło na pojawienie się pytona.

Pyton w ogóle dobrze ilustruje to, czego Polak nie lubi: obcy, oślizły, nie wstaje z kolan, muzułmanin najpewniej, podstępny, bo dusi, a nie walczy honorowo na koniu. I nagle też front obrony polskiej przyrody zmartwychwstaje: ci, co milczeli, kiedy rżnięto wbrew prawu puszczę, zabijając równocześnie tysiące zwierzęcych, ptasich istnień – teraz ruszają w obronie zaatakowanego (rzekomo) bobra Polaka. Bóbr katolik – pyton akbar. Zderzenie cywilizacji pełzającej ze stojącą z dumnie uniesionym czołem.

Niedawno, żeby spławić Wisłą jedną barkę, spuszczono wodę, zatapiając gniazda z pisklętami chronionych gatunków, ale obcemu pytonowi wara od naszych lęgowisk. W środku Puszczy Noteckiej powstaje gargamel nad gargamelami, mokry sen wielkiego mistrza polskiego biznesu – cisza. Ale sunący ścichasyk pyton, gdzieś z Azji dalekiej, Indii… groza i lęk. Mobilizacja. Patriotyzm, powszechne ruszenie, amatorscy tropiciele, bohaterowie gadzich zmagań, wszyscy oni już gotowi. Nie dadzą wężowemu nasieniu ukrzywdzić Polaka. I media to zrelacjonują, pokażą („O, tam, panie, łeb wychynął i zara znikł”), profesor powie, że rzadki ten gatunek zjeść potrafi sporo i naraz), samorządowiec ostrzeże, żeby nie iść nad Wisłę. W tym samym czasie 8 mln Japończyków musiało opuścić swoje domy, mali piłkarze tajlandzcy ocaleni z jaskini – a tu pyton ante portas.

Ale w ogóle to z tym pytonem jest trochę jak z Polską: dużo niezwykłych, baśniowych historii, bez związku z realną rzeczywistością, mnóstwo niezwiązanych ze sobą przyczyn i skutków. I jedna podstawowa kwestia: czy pyton (Polska?) w ogóle istnieje?

Wydanie: 29/2018

Kategorie: Felietony, Roman Kurkiewicz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy