Drut kolczasty

Drut kolczasty

Koszmar tego, co się dzieje w Afganistanie, na wszystkie strony pokazywany przez media. Jakie jednak poczciwe i postępowe jest PiS przy talibach. A Donald Tusk napisał: „Polskie granice muszą być szczelne i dobrze chronione; ochrona nie polega na antyhumanitarnej propagandzie, tylko sprawnym działaniu”. I zrobiła się na opozycji awantura o te „szczelnie chronione granice”. Że to niehumanitarne. Ale Tusk mówi jak polityk, który wie, że większość Polaków nie chce uchodźców. Nie może tego ignorować. Powiedział też: „Musimy zbudować zgodę narodową wokół dwóch wymiarów tego kryzysu. Po pierwsze, chyba wszyscy chcemy pomóc tym, którzy cierpią. Nie może być tak, że rząd dużego europejskiego państwa nie jest w stanie zapewnić kanapki i lekarstwa matce z dzieckiem na naszej granicy. Po drugie, musimy zapewnić bezpieczeństwo na naszej granicy. Rzeczą najważniejszą jest elementarna zgoda narodowa”. Całe to budowanie ogrodzenia i ten koszmarny drut kolczasty na granicy to jakaś żałość, nawet jeśli nie ma innego wyjścia. Inna sprawa, że fachowcy mówią, że przez taką zaporę przejść nie będzie trudno, wystarczy rzucić trochę desek na druty. Ale będzie to przy okazji śmiercionośna pułapka dla zwierząt i ludzi, którzy na ogrodzenie wpadną. Prezes codziennie zaciera małe dłonie, ma paliwo do propagandy na dwa lata. Znowu będzie chronić świętą a polską ziemię przed obcymi. O tej „świętej polskiej ziemi” raczył powiedzieć Mateusz Morawiecki. Unosi się nad tym nacjonalistyczny, nieświeży zapaszek. Boże, jacy oni są obrzydliwi, żyć z nimi pod jednym dachem to wielki dyskomfort.

Lex TVN i prezydent Duda. Ten mętnie i pokrętnie sugeruje, że ustawa jest zła. Ale jest zła głównie dlatego, że nie podoba się Amerykanom. A Dudzie? Jego prawie nie ma, on jest przezroczysty, widać tylko durne miny, jakie robi. A i tak wszyscy wiedzą, że ostateczne decyzje zapadną na Nowogrodzkiej.

Wspominałem niedawno o nowo wydanej książce „Rowerem przez II RP”. Bernard Newman był angielskim pisarzem i podróżnikiem. Na rowerze, któremu nadał imię George, przemierza wzdłuż i wszerz nasz kraj. I opisuje swoje wrażenia. Jest rok 1934. To przedwojenna Polska widziana brytyjskim okiem, obraz bogaty i kolorowy. Ostrzegam, to nawet nie umywa się do „Szkiców piórkiem” Andrzeja Bobkowskiego, który na rowerze przemierzał wojenną Francję. Newman dobrze jednak wychwytuje polskie smaki i zapachy, ale też pisze monstrualne głupstwa. O Polkach pisze czasami jak o tubylcach na nowo odkrytym kontynencie: „Widziałem mnóstwo pięknych kobiet, ale mówić, że generalnie Polki są piękne, to gruba przesada. (…) Jej najbardziej atrakcyjną cechę stanowi głos, spokojny i melodyjny. Jej figura szczególnie na prowincji – nierzadko budzi przerażenie (…). Polka jest duża i silna, może pracować równie ciężko jak mężczyzna i rodzić niezliczone zdrowe dzieci. Ma krępe, bynajmniej nie zgrabne ciało, nogi grube, a twarz pozbawioną czystości rysów. Najlepiej wygląda za młodu, szybko się rozwija – w wieku szesnastu czy siedemnastu lat jest już fizycznie dojrzała. O dużych piersiach i szerokich biodrach, ale z młodzieńczą postawą. W późniejszych latach robi się ciężka i bezkształtna”. Autor przemierza też słynny korytarz między Niemcami a Prusami Wschodnimi, który będzie pretekstem do wojny. Jedzie także przez Prusy Wschodnie, gdzie nazizm już się zakorzenił. Nie chwali go, ale i nie gani za bardzo. Nie ma pojęcia, jaka zbrodnia w nim drzemie i że zbliża się apokalipsa. To znamienne, że współcześni, nawet ci najmądrzejsi, nie widzą znaków, że szykują się wielkie wydarzenia, które za chwilę zmienią oblicze świata. Jak nie widzi się belki w swoim oku. Przecież prawie nikt nie przewidział wybuchu I wojny światowej – ani II wojny, a wydaje się teraz, że była oczywista. Nie przewidzieliśmy stanu wojennego w Polsce ani rozpadu radzieckiego imperium. Co tak uderza w relacjach Newmana, to niebywała nędza polskiej wsi, która była wtedy jeszcze drewniana i bosa. Tu nastąpiła rewolucyjna zmiana.

Początek roku szkolnego, moje dzieci idą do szkoły. Jakoś to zawsze wzruszające. Ożywają moje początki roku szkolnego. Odkrywam, że w podręczniku do polskiego Antosia, już licealisty, jest wiersz mojego ojca. Ojciec, kiedyś taki znany pisarz, został niemal zupełnie zasypany zapomnieniem, więc bardzo się cieszę, że jednak jest w polskiej literaturze. Niejasne i nieprzejrzyste do końca są drogi, jakimi idzie zapomnienie artysty. Na pewno nie ma tu sprawiedliwości.

t.jastrun@tygodnikprzeglad.pl

Wydanie: 37/2021

Kategorie: Felietony, Tomasz Jastrun

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy