Rok 2025 za pasem

Powtarzam to z uporem maniaka: Kaczyńscy dlatego rządzą Polską i dlatego poparcie dla nich w opinii publicznej nie zmniejsza się, ponieważ udało się im narzucić społeczeństwu wybraną przez siebie problematykę i uczynić z niej główny motyw debaty publicznej.
Jest to problematyka rozrachunkowo-teczkowa, nazywana szumnie „polityką historyczną”. Edward Lucas, korespondent wpływowego „The Economist” (milion czytelników na świecie!), który początkowo przyznawał się do sympatii dla rządów PiS, uważa tę politykę za „kontrproduktywną” i w głośnym artykule o tym, jak Polska Kaczyńskich dewastuje swoje szanse w świecie, wymienia „obsesję przeszłości” na drugim miejscu wśród kardynalnych polskich błędów, na skutek których oddalamy się od Europy.
Nie jest jednak wcale powiedziane, że zbliżanie się do Europy jest rzeczywistym priorytetem bliźniaków. Znacznie ważniejsze dla nich jest utrzymanie władzy i zbudowanie systemu, w którym na pierwsze miejsce wysuną się instancje prokuratorskie i śledcze, IPN i CBA, a w umysłach obywateli pojawi się niepewność, czy jutro lub pojutrze nie staną się obiektem jakiegoś „historycznego” dochodzenia.
I na razie ten system działa całkiem sprawnie. Sensacje lustracyjno-śledcze wypełniają łamy gazet, aura historycznych rozliczeń utemperowała Kościół katolicki, który przestaje być samodzielną siłą, jaką był dotychczas, z prawdziwym też zdumieniem w rozmowach z inteligentnymi skądinąd i normalnymi ludźmi dowiaduję się niekiedy, że ten i ów zaopatrzył się już w ausweiss z IPN, że był „pokrzywdzonym” w PRL. Są to niby żarty, w rezultacie jednak oznacza to, że daliśmy się wciągnąć w grę, narzuconą i podsycaną przez PiS.
Dlatego mimo że sam pan Bartoszewski oblicza rządy PiS na jeszcze dwa lata i siedem miesięcy zaledwie, jest to rachuba optymistyczna. Naprawdę rządy te będą trwały tak długo, jak długo nie znajdzie się środowisko, partia, siła polityczna, ruch społeczny czy intelektualny, który zdoła pokazać inne tematy, inny sposób rozumowania, inne cele i inne priorytety, wokół których zdoła skupić zainteresowanie opinii.
Takie tematy i takie rejony spraw istnieją, rzecz jasna, i są w dodatku nieporównanie ważniejsze niż cała „polityka historyczna” i jej bieżące konsekwencje razem wzięte. Jest to problematyka rozwoju Polski, a także wizji ładu społecznego w naszym kraju, do którego należałoby zmierzać.
Kilkanaście lat temu, u początków naszej transformacji ustrojowej kołysaliśmy się mirażem, że jesteśmy oto liderem modernizacyjnych przemian w naszej części Europy. Można, a nawet trzeba spierać się o to, czy jako ów lider prowadziliśmy nasz region we właściwą stronę, dziś już jednak o żadnym liderowaniu nie ma mowy. W epoce gospodarki opartej na wiedzy i nauce, gdy Europa starounijna wydaje na te cele 3% swojego PKB, Polska poświęca na rozwój nauki zaledwie 0,7%; godzinowa produkcyjność naszej pracy w roku 2004 wynosiła zaledwie 47% przeciętnej unijnej; nasze wydatki socjalne – podobno dewastujące nasz budżet – stanowią 21% PKB, wobec 33,5% w Szwecji czy 30% we Francji, Niemczech lub Danii; wreszcie nasz PKB na jednego mieszkańca wynosi 51% średniej unijnej, wobec 108% w starych krajach unijnych, lecz także 82% w Słowenii, 76% w Czechach czy 57% na Słowacji. O mirażu lidera możemy zapomnieć.
Wszystkie te dane zaczerpnąłem z książki prof. Zdzisława Sadowskiego „W poszukiwaniu drogi rozwoju”, wydanej w końcu 2006 r. staraniem Komitetu Prognoz Polska 2000 Plus przy prezydium Polskiej Akademii Nauk. Ów komitet jest jedną z dziwacznych na tle naszego życia publicznego instytucji, która nie zajmuje się tym, kto na kogo doniósł lub też na niego doniesiono, lecz co będzie z tym krajem w perspektywie średnio 2025 r.
Nie jest to perspektywa odległa, a wszystko, co dzieje się obecnie, będzie miało na nią bezpośredni wpływ. Prof. Zdzisław Sadowski, wieloletni prezes Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego, a także wicepremier rządu w okresie, kiedy PRL u swego schyłku wkroczyła na drogę radykalnych reform rynkowych, zdaje sobie z tego sprawę i dlatego oprócz kwestii ściśle ekonomicznych znaleźć można w jego książce wnikliwe analizy programów gospodarczych zarówno PiS, jak i PO, a również komentarze na temat głównych trendów gospodarki światowej. Uważnie ogląda światowy kapitalizm, nad którego rozwojem wiszą trzy wielkie zagrożenia – zagrożenie ekologiczne, wyznaczające granice wzrostu gospodarczego, zagrożenie społeczne, zawarte we wzroście bezrobocia oraz dramatycznym rozdarciu pomiędzy światem bogatych i biednych, oraz zagrożenie ze strony rynków finansowych, które zwłaszcza w epoce globalizacji objęły prymat w gospodarce światowej, raczej anarchizując ją niż organizując.
Nie są to rzeczy nowe w dyskusji światowej, ale ich świadomość jest dramatycznie obca naszej debacie publicznej. Sadowski przeprowadza również niezwykle ważne rozróżnienie pomiędzy doktryną gospodarki liberalnej, której założyciele z wielką uwagą odnosili się do problematyki społecznej, a neoliberalizmem, który spycha perspektywę społeczną w niebyt, pokładając nadzieje w strategiach przeznaczających na przemiał ubogie regiony świata i miliony jego mieszkańców. Pisze też o roli państwa, które w społecznej gospodarce rynkowej, niemieckim wynalazku z czasów Ludwiga Erharda, ma do odegrania kolosalną rolę jako regulator stosunków między dynamiką rynku a celami rozwojowymi. Mówi dosłownie, że „kiedy ustrój demokratyczny nie daje sobie rady z problemami społecznymi, łatwo dochodzi do prób wprowadzenia systemu o cechach autorytatywności”, co, dodajmy, oglądamy właśnie na własne oczy.
Jesteśmy świadkami żałosnego paradoksu. Z całej przeogromnej literatury poświęconej teraźniejszości i przyszłości świata wynika niezbicie, że weszliśmy właśnie w etap historii, kiedy o szansach narodów i społeczeństw decydują nauka, wiedza, edukacja. W Polsce pod bokiem roznamiętnionych swoimi igrcami polityków istnieją ośrodki, takie jak Komitet Prognoz Polska 2000 Plus chociażby, gdzie kompetentni ludzie stawiają pytania i udzielają odpowiedzi, które zdecydują o naszej przyszłości. Tyle że mało kto o tym czyta, a jeszcze mniej osób publicznych się tym przejmuje. Zasada społeczeństwa opartego na wiedzy nie dotarła nawet do naszych elit, a cóż dopiero mówić o szerokiej debacie publicznej.
SLD rozkolportował wśród swoich członków projekt „konstytucji” tej partii, która ma stać się jej programem. Dział społeczny jednak, nie wspominając już o perspektywach rozwojowych opisanych w tej „konstytucji”, składa się z naiwnych ogólników, wokół których trudno nawet wykrzesać jakąkolwiek rozmowę, nie mówiąc już o rzetelnej debacie.
Dlatego właśnie w debacie publicznej mówi się o agentach, księżach kolaborantach, dziennikarzach wywiadowcach wojskowych i tysiącu podobnych bzdur, dostarczanych gawiedzi w celu jej ostatecznego ogłupienia.
Z niezłym skutkiem, jak dotąd.

Wydanie: 9/2007

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy