Władza i kasa – nowe ideały

Zapiski polityczne 6 lutego 2003 r.

Sprawa Lwa Rywina została sztucznie rozdęta nie tylko dlatego, że prasowe szmirusy mogą łatwo wyrabiać wierszówkę, ale – jak to już na tym miejscu przewidywałem – będzie ona areną do popisów sprawności opozycyjnej w rozbijaniu znienawidzonej władzy lewicy w Polsce. Nasz kłopot z tak zwaną opozycją, której spora część ponosi odpowiedzialność za doprowadzenie państwa na skraj katastrofy – otóż ten kłopot to niezbity fakt, iż owa opozycja wcale nie dąży do eliminowania ewentualnych potknięć rządzących, ale zwyczajnie – i to bardzo brutalnie – walczy za wszelką cenę o powrót do sprawowania władzy, do którego to działania nadal nie jest przygotowana, jak nie była wówczas, gdy osławiony polityk, pseudozwiązkowiec, pan Marian Krzaklewski, zjednoczył wokół tradycji dawnej „Solidarności” grono ludzi doskonale nieudolnych, wyposażył ich we władzę oraz jej materialne bujne rekwizyty i ruszył wraz z nimi na podbój kraju, czyli na posady i fundusze publiczne.
Pisałem to już raz, lecz powtórzę. Gdyby sprawę Lwa Rywina prowadzić normalnym tokiem prawnym, nie można by zamienić jej w teatr polityczny, na scenie którego różne psychicznie mało zrównoważone figury tej komedii mogą do woli hasać i błaznować pod pozorem troski o kraj i jego zakamarkowe tajemnice. Surowe reguły śledcze obowiązujące w postępowaniu prokuratorskim wykluczałyby zarówno nadawanie nadmiernego rozgłosu mętnej w swej prawnej istocie sprawie, jak i wykorzystywaniu jej do oskarżeń premiera oraz innych władz kraju o ciemne machinacje.
Ludzie ponoszący obecnie odpowiedzialność za rządzenie Polską, powiązani w przeszłości z nieboszczką „komuną”, nie mają na tyle odwagi, by skutecznie zablokować możliwość organizowania takich spektakli jak ten obecny rywinowski i sprawić, by osobnik zasługujący na ukaranie stanął przed normalnym prokuratorem i odpowiadał w normalnym postępowaniu sądowym. Z lęku o usłyszenie zarzutów, iż „komuna wraca wraz ze swymi metodami sprawowania władzy”, godzą się łatwo na parlamentarne szopki polityczne, w działaniu których sprawność procedowania karnego wcale nie jest doskonalsza od sądowo-prokuratorskiej, ale daje pole różnym oszołomom do politycznych igrzysk.
Kiedy siedzę na sali sejmowej w dni gorących debat o zabarwieniu mało merytorycznym, lecz zdominowanych przez spory czysto polityczne, lub gdy jako członek Komisji Europejskiej przysłuchuję się jej obradom wypełnionym przez eurosceptyków jawną wrogością do korzystnych dla państwa polskiego rozwiązań, zaczynam rozumieć XVIII-wieczne zdarzenia, gdy umierała Rzeczpospolita Wielu Narodów, przeżerana przez chciwość i warcholstwo elit magnackich, czego szczegóły znajduję w moim prywatnym archiwum rodzinnym.
Co w moim przekonaniu jest obecnie porównywalne z tamtą epoką? Uważam, iż to rozpad systemu sądowniczego. Rozbestwiona bezkarnością magnateria lekceważyła wyroki sądowe, gdyż jej siła polityczna zapewniała bezkarność. A cóż innego stało się teraz u nas? Ano zlekceważono istnienie prokuratury i sądów i powołano teatr polityczny z nieograniczoną możliwością popisów oskarżycielskich. Państwa zarówno dawne, jak i współczesne psują się od atrofii systemów wymierzania sprawiedliwości, a na arenie publicznej zyskują poparcie osoby łudzące obywateli, że potrafią twardą ręką wprowadzić porządek, gdy w rzeczywistości wprowadzają dyktaturę, która aprobowana początkowo szybko zamienia się w groźny ustrój totalitarny. Dlatego też patrzę z niepokojem, więcej… z przerażeniem na sukcesy wyborcze partii mającej w swym kierownictwie ludzi wyznających jawnie neototalitarne zasady rządzenia, nawołujących do przywrócenia kary śmierci i wyznających zasadę obsadzania stanowisk publicznych wyłącznie ludźmi ze swojego ugrupowania politycznego, co już niedawno przerabialiśmy za sprawą pogrobowców „Solidarności” łączących nieudolność z łapczywością na wszelkie dobra materialne. Na szczęście dożyłem już późnych lat, kiedy raczej się odchodzi, niż trwa. Jeśli nawet załapię się na czas rządów tych neototalitarnych krasnali, to tak czy owak skończę w piachu. Może bez nich u władzy odbędzie się to z większym komfortem, choć z drugiej strony, nie mogę zapominać, że Trzecia Rzeczpospolita chce mi zafundować aż trzy lata więzienia. Nie jest to samo w sobie złe, gdyż może wreszcie napiszę – dzięki osadzeniu w kryminale – mój zapowiadany od dawna pamiętnik z długiego i pełnego dramatycznych, ale i pogodnych zdarzeń życia. Obecnie dzieląc czas pomiędzy Polski Czerwony Krzyż, Sejm RP i „Przegląd”, nie mam już ani siły, ani wolnej chwili, by zabrać się do żmudnego przypominania sobie tych zdarzeń.
Żarty na bok. Polska pogrąża się w stan powolnego upadku przyzwoitości obywatelskiej zalecającej każdemu i przy każdej okazji dbanie o dobro ojczyzny. Ten powszechny obowiązek obywatelski jest wypierany przez bezwzględną, brutalną walkę o władzę przy – jak to wykazała dramatyczna przygoda z rządami postsolidarnościowymi – całkowitym braku odpowiedzialności za doprowadzanie kraju na sam brzeg totalnej katastrofy. Bo to nie tylko ekonomia nam się zawaliła.
Gdzieś w zapomnianą przeszłość odeszły lub systematycznie odchodzą zasady elementarnej przyzwoitości w życiu publicznym, czego cotygodniowym przykładem są transmisje z obrad Sejmu czy też lektura licznych polskojęzycznych gazet wydawanych dla pieniędzy, a nie dla dobra kraju. To samo dotyczy zresztą niektórych programów prywatnych stacji telewizyjnych. Upadek intelektualnego poziomu programów telewizji publicznej wraz z inwazją telewizji komercyjnych jest fragmentem zaniku przyzwoitości obywatelskiej.
Władza i kasa to jest w rzeczywistości to, o co walczą współcześni Polacy, potomkowie tych, którzy walczyli o wolność i sprawiedliwość. Jak tak dalej pójdzie, to okaże się, że sprawiedliwości już nie ma, a wolność polityczna też zostanie niebawem utracona. Obym się mylił!

Wydanie: 7/2003

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy