Święto Niepodległości?

Święto Niepodległości?

Co dziś w Polsce można napisać o obchodach Święta Niepodległości? Może trzeba zacząć od przypomnienia rzeczy najprostszych i, zdawać by się mogło, oczywistych. Po pierwsze, niepodległość to nie jest stan, który po prostu sobie trwa, tylko ciągłe zadanie dla państwa i jego obywateli. Po drugie, 11 listopada obchodzimy symbolicznie odzyskanie przez Polskę niepodległości jesienią 1918 r., po 123 latach zaborów. Jest to data umowna. Już 30 października 1918 r. w Krakowie rozbrojono posterunki austriackie, 7 listopada w Lublinie ukonstytuował się rząd republikański z Daszyńskim na czele, w Warszawie działała Rada Regencyjna. Ta ostatnia przekazała władzę Józefowi Piłsudskiemu, który wrócił z magdeburskiego internowania. Na jego ręce – i jego żądanie – złożył też dymisję rząd lubelski Daszyńskiego.

Niewątpliwie odzyskanie przez Polskę niepodległości po 123 latach niewoli było wydarzeniem wielkim zarówno w wymiarze historii, jak i w indywidualnym wymiarze każdego Polaka. Po latach zrealizował się polski sen o wolności. Cel, do którego rozmaitymi drogami dążyło kilka pokoleń rodaków. Ojczyznę wolną „Bóg raczył wrócić” Polakom. „Wymodlili ją wreszcie poeci, prorocy”, pisał po latach Kazimierz Wierzyński. „Znów mieli państwo, ale krótko trwało. / Konie ułańskie pląsały w paradzie. / Zmienili w chwalbę, co mogło być chwałą”, sarkastycznie pisał z kolei poeta mędrzec Czesław Miłosz.

Co znaczyła w 1918 r. i co znaczy dziś niepodległość? Co znaczyło, że pokolenia Polaków walczyły o wolność? Co przez tę wolność rozumiały? Chciały swojego państwa. Państwa, w którym nie obca rządzić będzie władza, ale nasza, polska. Taka, jaką sami sobie powołamy, wedle praw, które sami sobie ustanowimy. Święto 11 Listopada jest świętem przypominającym, że w 1918 r. Polacy odzyskali swoje państwo. Czcząc pamięć tamtych wydarzeń, czcimy państwo polskie, potwierdzamy, że własne państwo jest wartością i świętością, także dla nas. Czy można rozumnie czcić 11 Listopada, jawnie ignorując konstytucyjne władze państwowe? Czy można rozumnie i z czystym sumieniem obchodzić to święto, bojkotując jego ogólnopaństwowe obchody? Znieważając osobę prezydenta, który z mocy konstytucji jest „najwyższym przedstawicielem Rzeczypospolitej”, a z mocy tradycji uosabia jej godność i majestat? Czy można wymachiwać biało-czerwoną flagą, śpiewać hymn narodowy, a równocześnie twierdzić, że „prezydent został wybrany przez pomyłkę”, przekręcać perfidnie jego nazwisko, a to, co „Bóg w 1918 r. zwrócić raczył” nazywać niemiecko-ruskim kondominium?

Aby nie dostrzec tych sprzeczności, trzeba być albo kompletnym durniem, albo do ostateczności cynicznym bydlakiem.

Z tego ducha lekceważenia państwa i jego konstytucyjnych organów, z tego wciąż wskrzeszanego upiora liberum veto biorą się coroczne awantury zakłócające obchody świąt, zarówno 11 Listopada, jak i 3 Maja, które z samej swojej idei powinny jednoczyć Polaków.

W każdym dużym mieście na świecie jest margines frustratów, awanturników, gotowych rozładowywać frustracje i agresję w rozmaitych zadymach, ulicznych walkach z policją, demolowaniu sklepów, podpalaniu samochodów. Wszędzie są „kibole” i inne grupy patologicznych podkultur. Wszędzie na świecie z różnych powodów dochodzi do ulicznych zamieszek i starć z przywracającą porządek policją. Ale bodaj nigdzie nie dzieje się tak w dni świąt państwowych, chyba że są narzucone przez obcą przemoc i mają wrogą dla narodu wymowę. U nas zaś od kilku lat zamieszki uliczne stały się nieodłącznym elementem wszystkich obchodów świąt państwowych.

Tzw. poważni politycy narodowej prawicy oczywiście nie biorą osobiście udziału w zadymach i starciach z policją. To robi na ogół bezrozumny, ryczący motłoch. Ale chciałoby się powtórzyć tak miłe naszej prawicy przy innych okazjach słowa „Chorału”: „Ależ, o Panie! oni niewinni, Choć naszą przyszłość cofnęli wstecz, Inni szatani byli tam czynni, O! rękę karaj, nie ślepy miecz”.

Nie byłoby zadym pod biało-czerwoną flagą w dni świąt państwowych, gdyby nie systematyczne sączenie jadu, że Polską, czyli owym kondominium, rządzą zdrajcy. Nie byłoby w te dni burd i starć z policją, gdyby po kościołach w niepodległej Polsce świętokradczo nie śpiewano: „Ojczyznę wolną racz nam wrócić, Panie”. Gdyby idiotycznie nie skandowano: „Jarosław, Polskę zbaw!”, gdyby nie wtłaczano w mózgi agresywnych przygłupów, że Polska wciąż nie jest wolna, czeka, aż wróci ją Polakom (prawdziwym oczywiście) Bóg, a zbawi nowy zbawca, Jarosław Kaczyński. Gdyby nie wtłaczano w te mózgi lub w ich namiastki przekonania, że Polską aktualnie rządzą zdrajcy, współorganizatorzy smoleńskiego zamachu. Ten polityczny cynizm narodowej prawicy znakomicie racjonalizuje działania motłochu, ukierunkowuje jego agresję i frustracje przeciw konkurentom politycznym, a faktycznie przeciw państwu. Przeciw państwu, którego odrodzenie czcimy właśnie 11 Listopada.

Wydanie: 47/2014

Kategorie: Felietony, Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy