Polityka poetów

Polityka poetów

BEZ UPRZEDZEŃ

Wolno się dziwić, że w tym zmaterializowanym moralnie społeczeństwie poezja nadal cieszy się dużym zainteresowaniem. Tych, którzy gdzieś w ustronnych kącikach piszą wiersze, nie widać i tylko od czasu do czasu dzięki jakiemuś wydarzeniu dowiadujemy się, że jest ich wielu. Na spotkania ze znanymi poetami w Krakowie bywa, że przychodzi tysiąc osób, a może i więcej. Rzadko pojawiają się poeci tak wspaniale śpiewający swoje wiersze, jak robił to Josif Brodski, najczęściej dukają z kartki, ale i z tej nieszczególnej formy przekazu publiczność potrafi wychwycić poetyckie sensy i smaki. Nigdy jednak nie wiem, czy publiczność została przyciągnięta przez poezję, czy przez poetę – laureata, dysydenta, emigranta lub skandalistę. Nie da się zaprzeczyć, że poeta w Polsce jest ważną figurą. Zamieszanie w politykę tę ważność powiększa – na chwałę lub niesławę poety, zależnie od koniunktury.
Ostatnim krytykiem literackim, którego artykuły czytałem bez opuszczeń, bez wyjątków, był Artur Sandauer. Od tamtego czasu, co się w krytyce dzieje, nie wiem. Trudno jednak i obojętnemu nie zauważyć, że przeważa kryterium polityczne. Poetów się ceni zależnie od tego, jak się odnosili do Marca, Grudnia, Października, Czerwca, Bieruta, Gomułki, Mazowieckiego, Wałęsy itp. A także według tego, czy byli na emigracji. To ostatnie kryterium zwłaszcza urosło do niebywałej ważności i niejednego literata, zamiłowanego w osiadłym trybie życia pchnęło do ciotki w Londynie lub – niechby tuż przed upadkiem PRL – pogodziło z żoną, która przed nimi – PRL-em i mężem – uciekła do Nowego Jorku.
Wyniesienie kryterium politycznego ponad inne, ważniejsze, uformowało hierarchię literacką oderwaną od talentów i formatów umysłowych. Najwięcej na tym ucierpieli pisarze najwybitniejsi, ponieważ wskutek absolutyzacji kryterium politycznego znaleźli się na tym samym poziomie uznania co literaci mniejszego kalibru, ale więcej lub rzekomo więcej zasłużeni politycznie. Rzucającym się w oczy przykładem jest zrównanie Gustawa Herlinga-Grudzińskiego z Czesławem Miłoszem. Herling był autorem ważnej książki o radzieckich łagrach i jednym z najwybitniejszych i najambitniejszych publicystów-felietonistów (“Dziennik pisany nocą”). Wziąwszy wszystko razem, nie można mu jednak przyznać w literaturze więcej niż miejsce drugorzędne. Miłosz tymczasem jest wyposażony w liczniejsze talenty, w nieporównanie głębszy umysł, w zdolność obejmowania szerszych horyzontów. Podczas gdy u Herlinga poza doskonale zbudowaną frazą znajdujemy myśl do znudzenia konwencjonalną, Miłosz zdumiewa przenikliwością w rozumieniu spraw ludzkich, rzadko spotykaną niezależnością sądu, przenikliwością równie niezawodną, gdy chodzi o kulturę, jak politykę. Nie powiem słowa o poezji Miłosza – jak prawie wszystko na tym świecie zdana jest na łaskę i niełaskę zmieniających się gustów, ma ona jednak treść niezależną od formy i jest to treść filozoficzna. Istnieje Miłosz metafizyk, ontolog, istnieje również Miłosz filozof przemijania – heglista i heraklitejczyk, a także Miłosz – myśliciel nostalgiczny. Nie należy mu wierzyć, gdy sam siebie określa manichejczykiem – jako spostrzegacz świata jest pluralistą. Postawiony obok niego Herling – kim jest? Zaledwie uzdolnionym literatem, który zamknął się w ciasnym kręgu niebogatego zbioru pojęć i w sposób nudząco jednostajny sublimuje doznane kiedyś krzywdy.
Nie piszę apologii Miłosza, widzę też drugą stronę jego postawy, ale postawy tak mało zależnej od woli, że można ją nazwać losem. Wyrwany niejako ze swego kraju i zdeklasowany prawie z niczym wszedł w życie i musiał – w przeciwieństwie do swoich osiadłych i przywilejem chronionych przodków – sam walczyć o swoje miejsce wśród ludzi, a nie mogło ono być niskie. Walka, jakakolwiek by była, ma to do siebie, że zmusza do zadawania ciosów. Miłosz za przykład “zniewolonego umysłu” uznał Konstantego I. Gałczyńskiego, poetę, który dobrze poznany zadziwia właśnie wolnością umysłu. Wystarczyło tego niektórym, aby pójść o krok dalej i szukać przeciw Gałczyńskiemu zarzutów moralnych. Znaleziono je i wszystkie były polityczne! Jakąż to rolę Gałczyński miał do odegrania w polityce? Samo pytanie jest śmieszne. Ponieważ był niezwykle inteligentny, doskonale rozumiał tę tragifarsę. Nie radził sobie z nią jednak równie dobrze jak Miłosz, który potrafił nie dać się prześladować; Gałczyński bywał bezbronny. Jednego z najbardziej niewinnych poetów, dobrego człowieka starano się pomniejszyć moralnie, nie wiadomo, dlaczego i nie wiadomo, po co.
Telewizja pokazała poetę Zbigniewa Herberta jako “obywatela”. Dziwne wyobrażenie o obywatelstwie mają w sferach filmowych. Dwa obywatelskie czyny wyeksponowano w tym filmie: puszczenie w obieg infantylnej, całkowicie spoza granic prawdopodobieństwa plotki o Miłoszu i bardziej puste niż obelżywe (w intencji takie miało być) powiedzenie, mające dokuczyć Adamowi Michnikowi.
Jeśli słowo “wielki” ma coś znaczyć, to mówienie o Herbercie, że był “wielkim poetą”, jest nieprawdziwe. Utalentowanym, wybitnym, niekiedy świetnym z pewnością, ale wszystkie te cechy nie składają się jeszcze na wielkość. Do poziomu umownej wielkości został podniesiony za pomocą kryterium politycznego – był to niewątpliwie antykomunista, chociaż nie walczący, raczej podróżujący. Powiedziano o nim w telewizji, że był człowiekiem “z jednej bryły”. Ta jedna bryła to nie on, człowiek wielowymiarowy i poeta, lecz jego antykomunizm: nie rozróżniający odmian, nie widzący ruchu, ani broń Boże przyczyn, zadowalający się w ocenach grubo ciosanymi rozróżnieniami na Dobro i Zło, koniecznie z dużej litery. “Kwestia smaku” ma zresztą tyleż subtelności w sobie, co i te rozróżnienia.
Dobrzy ludzie chcą obronić miejsce Herberta w dziejach honoru w Polsce. Tak różne treści wkłada się w to słowo “honor”! Czy perfidny wiersz “Chodasiewicz” także należy do dziejów honoru?
Miłosz ułatwiał Herbertowi drogę do zachodnich wydawców, tłumaczył jego wiersze na angielski, przyczynił się do tego, że Herbert znalazł się wśród kandydatów do Nobla i to nie wszystko, co można powiedzieć. Morał tej historii jest jak z bajki La Fontaine’a. Co nie zmieni faktu, że Herbert pozostanie wzorem rycerskości i cnoty, zaś Gałczyński – niemoralności. Polityczna poprawność ponad wszystko.

Wydanie: 6/2001

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy