Prywatne i ogólne

Prywatne i ogólne

W Rzeczpospolitej Babińskiej, klubie staropolskich wesołków, nadawano najwyższe urzędy osobom posiadającym cechy przeciwne do wymaganych na tych urzędach. Całkiem podobnie dzieje się w III Rzeczypospolitej. Tu badanie prawdy powierza się notorycznym kłamcom, do komisji wymagającej bezstronności dobiera się przedstawicieli stronnictw i dodaje się im ekspertów dobranych według służalczości. Na stanowiska sędziowskie, wymagające znajomości życia, powołuje się młokosów, zaś o tym, co naród ma wiedzieć, decydują telewizyjni zabawiacze, dla których prawda i fałsz są jednakowo dobre, jeżeli przyciągają uwagę gawiedzi. Mimo przyzwyczajenia do tych obyczajów od czasu do czasu rodzi się w człowieku zdziwienie. Wybranie na stanowisko Rzecznika Praw Obywatelskich jednego z tych ludzi, którzy w III RP spowodowali najwięcej naruszeń praw obywatelskich i ludzkich, wydaje się przesadą nawet w Rzeczypospolitej Babińskiej. Nie było większego pogwałcenia praw obywatelskich i norm moralnych przez władzę niż dzika lustracja, będąca z góry przewidywanym skutkiem ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej. Andrzej Rzepliński był współautorem tej ustawy. IPN narobił masę szkód ludziom, a Rzepliński, choć taki helsiński obrońca praw człowieka, za nikim się nie ujął, a nawet wprost przeciwnie, podobno zachęcał prezesa Kieresa do zlustrowania przed całym społeczeństwem dominikanina Hejmę. Co więcej, Rzepliński jest zwolennikiem rozszerzenia tego bagna moralnego, jakie wyprodukował razem z podobnymi sobie, na pozapolityczne środowiska.
Czym można wytłumaczyć, że ta postać mętna w słowach i czynach zdobyła poparcie klubu SLD? Podobno obawą, że Sejm następnej kadencji mógłby wybrać kogoś jeszcze gorszego. To już po kandydata musiałby sięgnąć do komisji orlenowskiej. Macierewicz albo Giertych jako obrońcy praw obywatelskich – dlaczego nie? Jednak dopiero po Rzeplińskim oni będą naturalnymi kandydatami.
Sojusz Lewicy Demokratycznej zadał sobie wiele trudu, żeby się zreformować, „oczyścić” i odzyskać swoich wyborców. Ale wszystko, co robił, przynosiło skutki przeciwne do zamierzonych. Wyszło na jaw, że liderzy nic nie rozumieją z tego, co się wokół dzieje, szukają „pomysłów”, zamiast myśleć, odwracają wzrok od realnie toczącej się walki. Nie wiedzą ani co zrobić, ani co powiedzieć i cała ich mądrość polityczna polega na unikach, przyklejaniu się do przeciwników lub panicznym uciekaniu z pola propagandowego ostrzału, jak zrobił Borowski. Odnotowany ostatnio przez sondaże wzrost poparcia dla SLD można tłumaczyć odmłodzeniem kierownictwa, ale bardziej prawdopodobne jest, że to zbliżający się termin wyborów rozbudza z apatii elektorat, nie mający innej alternatywy dla obozu solidarnościowego. Na końcu kadencji SLD robi te same błędy, jakie robił na początku. Głosowanie za Rzeplińskim jest objawem tej bezideowości, nad którą biadano od paru lat i której od biadania nie ubyło. Partia ponosi szkody prestiżowe i realne wskutek przerostu pokrętnej taktyki nad jasnym stawianiem sprawy i otwartym dążeniem do głośno proklamowanego celu.
Uczciwość wymaga, aby SLD poinformował wyborców, którzy posłowie głosowali za Rzeplińskim i wyjaśnił im rolę, jaką ten fałszywy obrońca praw człowieka odegrał w dzikiej lustracji.
Schodzącym ze sceny działaczom lewicy należałoby dać spokój i może tylko pomachać im przyjaźnie na pożegnanie: pa! pa! Niestety, zachodzi podejrzenie, że nie ze wszystkim odejdą. Najgorsze wady pozostawią swoim młodym następcom.
Jedna z najważniejszych różnic, jakie zachodzą między politykami prawicowymi i lewicowymi polega na tym, że prawicowi swoje prywatne interesy przedstawiają jako sprawę publiczną. Gdy ktoś te interesy naruszy, oni wołają, że państwo poniosło szkodę. Gdy ich ktoś osobiście obrazi, podnoszą krzyk, że majestat Rzeczpospolitej w ich osobie został poniżony. Przedstawiają się jako obrońcy prawa nawet tam, gdzie z tego prawa najoczywiściej kpią. Politycy lewicowi natomiast stawiają nam przed oczy przede wszystkim swój egoizm w stanie czystym, bez żadnych odwołań się do praw czy norm ogólnych. Przykładem może być Józef Oleksy ze swoją niekończącą się sprawą lustracyjną. Nie widzi on w swoim przypadku niczego ogólnego. Niesprawiedliwość, jaka go spotyka, nie ma w jego oczach nic wspólnego z niesprawiedliwością, jaka spotkała innych. Nie powiedział ani słowa w obronie wiejskich chłopców przydzielonych do wojsk KBW i teraz dyskryminowanych z tego powodu. Bo przecież oni naprawdę służyli w KBW, a on miał dopiero służyć w wywiadzie wojskowym, gdyby wybuchła wojna. Sam się uważa za skrzywdzonego, ale tamtych nie uważa za skrzywdzonych i nie występuje w ich obronie ani nie chce się z nimi porównywać, choć to prawdopodobnie wyborcy jego lub jego partii. SLD mógł wprowadzić do ustawy lustracyjnej poprawki w duchu ogólnej zasady sprawiedliwości, ale wprowadził tylko takie, które jego liderom obiecywały możliwość wyśliźnięcia się z rąk sądu lustracyjnego. Aleksandra Kwaśniewskiego posądzono o to, że był agentem w „Życiu Warszawy”. Gdy insynuacja upadła, problem fałszywych posądzeń wyciekających celowo z różnych organów władzy przestał dla Kwaśniewskiego istnieć, chociaż istnieje nadal, bo zepsucie polityczne jeszcze się pogłębiło. Niezdolność do myślenia w kategoriach norm i zasad ogólnych czyni działaczy bezbronnymi nie tylko wobec tych, którzy ich o byle co oskarżają, ale także przed tymi, którzy nie wiedząc, co zarzucić, używają tonu nagany. Np. powiedzcie politykowi lewicy tonem potępienia, że nabył albo sprzedał akcje jakiegoś przedsiębiorstwa. On nie wpadnie od razu na pomysł, że każdy ma prawo kupować, sprzedawać, posiadać akcje, bez tego bowiem gospodarka rynkowa nie mogłaby działać. Będzie raczej w pierwszym momencie traktował swój przypadek jako szczególny, dający się usprawiedliwić konkretnymi okolicznościami i dobrze, jeśli w ogóle dojdzie kiedyś do wniosku, że niezależnie od tych okoliczności bronią go ogólne zasady.
Politykom prawicy trzeba przyznać, że są myślowo lub przynajmniej słownie bardziej przedsiębiorczy niż ich przeciwnicy. Podpatrzyli sposób myślenia lewicy i robią z tego użytek. Właśnie słyszałem jednego z nich, jak dowodził, że marszałek Sejmu nie może brać udziału w rozpatrywaniu przez prezydium Sejmu wniosku o usunięcie z komisji orlenowskiej posłów, którym zarzucił stronniczość, ponieważ jest „stroną w sporze”. Tymczasem marszałek Cimoszewicz nie twierdził, że członkowie komisji są stronniczy jedynie w stosunku do niego osobiście, lecz w ogóle stronniczy i nierzetelni. Nie jest więc żadną stroną w sporze, lecz obrońcą prawa, ogólnych norm i w tej roli nie tylko może, lecz powinien uczestniczyć w badaniu sprawy przez prezydium Sejmu. Odsunięcie się od tego obowiązku świadczyłoby, że kwestię ogólną traktuje jak prywatną.

Wydanie: 29/2005

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy